Autor: Bartłomiej Tomasz Parol
Drogi Czytelniku,
Przekazuję w Twoje ręce moją historię.
Jest to paradokument i dreszczowiec dla niektórych,
z nowego gatunku; „Paragraf i Biznes”.
Wszystko w tej opowieści wydarzyło się naprawdę i naprawdę się dzieje.
Piszę „dzieje”, bo ta historia jeszcze się nie zakończyła.
Prawdziwe są nazwy, nazwiska, pseudonimy, miejsca, wydarzenia, daty.
Nie boję się żadnych procesów – na wszystko mam dokumenty.
Reprodukcje niektórych znajdziecie Państwo na końcu tej książki.
Tylko na moje przemyślenia, uczucia i niektóre prywatne rozmowy nie mam poświadczenia. Stąd „paradokument’.
A „Paragraf i Biznes” to odmiana opowieści awanturniczej typu „Płaszcz i Szpada” ale dziejąca się współcześnie, w warunkach cywilizacji zachodniej, którą rządzą pieniądze, biznes i prawo. Właśnie w tej kolejności.
Także i tu jest samotny bohater, walczący o sprawiedliwość, z resztą nie tylko dla siebie, przeciwko rzeszy niebezpiecznych czarnych charakterów.
Mam nadzieję, że jest to ta Hollywoodzka odmiana i głównemu bohaterowi, dzięki szczęściu, umiejętnościom i sprytowi, na przekór wszystkim, uda się – zwycięży sprawiedliwość.
Bo życie zrobiło mi psikusa, i w tej opowieści, bohaterem tym jestem Ja.
I jeszcze jedno. Książka ta, drogi Czytelniku, jest także moją polisą ubezpieczeniową, gdyż docierając coraz głębiej i głębiej do sedna sprawy zacząłem się obawiać o własne życie, albo o inne zamknięcie mi ust.
Najgorsze, że moje śledztwo wciąż postępuje i docieram do dowodów coraz większych niegodziwości tej międzynarodowej grupy interesów. Działalności, która poprzez sprytny dumping zarżnęła wiele firm polskich, przez malwersacje podatkowe wycięła konkurencję w wyścigu do wielkich klientów i która, może zburzyć życie prawie 2000 kierowców oraz doprowadzić do serii indywidualnych tragedii. Działalności przestępczej, która zmieniła obraz polskiego rynku transportowego i wprowadzi na nim jeszcze sporo zamieszania.
I ostatnia konkluzja. Choć wiele lat byłem prawnikiem w Euroadzie później Vosie to nie zdawałem sobie sprawy z tego co się powoli kluło. Zawsze starałem się po prostu dobrze wykonywać swój zawód i działać dla dobra firmy i ludzi w niej pracujących. W całej swej naiwności wyobrażałem sobie, że zakup firmy przez Holendrów od Amerykanów rozwinie jej zakres działania, zwiększy konkurencje i zatrudnienie. Uważałem, że współpraca firmy transportowej z kierowcami to rodzaj symbiozy gdzie obie strony muszą być zadowolone i nie wolno tej delikatnej równowagi burzyć na korzyść żadnej ze stron. Pod żadnym pozorem. Dlatego mój cały swój wysiłek w pewnym momencie ukierunkowałem na zmiejszenie ogólnych kosztów zatrudnienia by kierowca więcej pieniędzy dostawał do ręki a pracodawcy opłacało się powiększać stan osobowy i mógł się rozwijać. Okazało się jednak, że zarząd wielkiej firmy może mieć złe intencje i wierząc w swoją bezkarność, łamać prawo i dokonywać wielkich malwersacji na ryzyko kierowców. Korporacja sztuczkami przez lata może unikać odpowiedzialności, kierowcy, wspólnicy, osoby fizyczne, pozostaną sam na sam z machina fiskalną.
To, co dziś wiem o tej sprawie, przebiło nawet najczarniejsze scenariusze. Mimo wszystko, do dziś uważam, że projekt: „spółka komandytowa + fundacja”, jest świetnym rozwiązaniem, które przy olbrzymich oszczędnościach dla obu stron nie narusza tej równowagi. Wszystko to jednak pod warunkiem, że chciwość, krótkowzroczność, poczucie bezkarności i skłonności do przestępstw nie zdominują tego projektu i nie zmienią go w takie bagno jakim jest dzisiaj. Ale głupota ludzka jest w stanie zniszczyć nawet najbardziej światłe idee.
Przy tym ja, w odróżnieniu od zmieniających się decydentów Vosa utożsamiłem się bardzo z Ta sprawą i losem moich wspólników. Wszak wciąż, za część działalności spółki INTER CAR PAROL mogę odpowiadać swoim całym majątkiem a Vos dokonał tych oszustw posługując się moim nazwiskiem. Życie i zdrowie mi miłe dlatego zrobię wszystko by nas ratować i napiętnować winnych. Nie chcę by ktoś kiedykolwiek mnie posądził, ani dał mi po głowie, że przyczyniłem się do tego szalbierstwa. Nie przyczyniłem. Tak jak kierowcy inne osoby – zostałem przez Vos skrzywdzony. Ja jednak mam środki i wiedzę żeby sprawy bronić.
A co dokładnie znajdziecie w samej książce?
W pierwszej części: Bitwę pracownika z nieuczciwym pracodawcą.
W drugiej części: Grę biznesową z bezwzględną korporacją.
W trzeciej części: Rozpaczliwą obronę przed szajką złodziei i oszustów.
W czwartej, ostatniej: Wojnę z mafią transportową.
Ta książka jest świadectwem, że warto walczyć o prawdę i swoje prawa. Że warto być wytrwałym i przewidującym. Że mądrymi decyzjami można więcej wskórać niż intrygami i pieniędzmi. I, że nie warto ulegać szantażom oraz groźbom.
Drogi Czytelniku, nie znam końca tej opowieści. Nie wiem ile spraw będę musiał wygrać lub przegrać i ilu jeszcze urzędników mafia będzie próbowała przekupić. Ale mogę obiecać, że znajdę sposób by każdy z czytelników, który dotrwa do ostatniego rozdziału, akapitu i zdania, mógł śledzić dalsze moje losy.
Jeśli jesteś kierowcą Vos, klientem, podwykonawcą, kontrahentem lub w inny sposób zagrożony albo już pokrzywdzony przez tych ludzi, co i ja. Możesz się ze mną skontaktować, zadać pytanie lub zwrócić się o pomoc do mojej Fundacji, za pośrednictwem skrzynki e-mail: pomoc_kierowcom@vp.pl
Nie wszystko dałem radę opisać.
Więcej informacji o pozytywnych i negatywnych bohaterach tej książki, znajdzie czytelnik w przypisach oraz pod następującym linkami:
http://www.opcja.pop.pl/numer31/31par.html
http://bazy.ngo.pl/search/info.asp?id=89992
http://bazy.ngo.pl/search/info.asp?id=89992
http://www.lebol.republika.pl/aktualnosci/2grudzien.html
http://bazy.ngo.pl/search/info.asp?id=108831
http://www.voslogistics.com/?id=30&Language=Polish
http://www.kancelariaprawnicza.com.pl/
http://www.etransport.pl/informacje.php?kbor=841&id=2147483647
http://www.tarheelcap.com/pressroom_thc_pl.php?login=thc_pl&plansza=1&m=&r=&query_pressroom
http://www.laj.pl/info-gjbielowicki.html
http://www.smd.org.pl/dzialy/o_nas/histo.php
http://www.biznespolska.pl/gazeta/article.php?contentID=107072
http://etransport.pl/informacje.php?kbor=1703&id=c588c0a459f4ccc6f3dd26518d24707a
http://www.etransport.pl/informacje.php?kbor=1934&id=c588c0a459f4ccc6f3dd26518d24707a
http://sostanczyk.webpark.pl/nw1.jpg
http://spedycje.pl/wiadomosci/2172/ranking_firm_tsl_wg_rzeczypospolitej.html
http://www.laj.pl/info-wicep-vos.html
http://www.etransport.pl/forum.php?kbor=2900&id=c588c0a459f4ccc6f3dd26518d24707a
http://forum.nikon.org.pl/profile.php?mode=viewprofile&u=5390&sid=a8112b8cd422ac628f43df99da125514
http://www.wnp.pl/nowyprzemysl/2797_16_108_0_0.html
Opowieść rozpoczynam, wręcz spacerowo, w pierwszej połowie stycznia 2004 r. i dedykuję ją wszystkim bliskim, którzy mnie wspierają i wierzą w zwycięstwo jednego, upartego człowieka przeciwko niebezpiecznej, mafijnej strukturze.
Rozdział 1
W czwartek przed samym urlopem przyleciała Ewa Pośpiech – Szefowa kadr i koleżanka z pokoju.
- Tomek, Prezes chce Cię natychmiast widzieć!
- Nie ma sprawy.
Oderwałem się od laptopa, powoli się podniosłem z za biurka i poszedłem leniwym krokiem na koniec korytarza.
Z Grześkiem Bielowickim, Prezesem firmy Vos Logistics Polska łączyły mnie bardzo przyjazne stosunki. Młody 30-letni menager potrafił być cholerykiem, ale przy mnie jakoś zawsze miękła mu rura. Przez ostatnie 4 lata przetrwaliśmy wspólnie wiele kryzysów i przełomów w firmie. Teraz też, choć to świeże i ciężkie pierwsze 9 miesięcy po zmianie własności firmy, nie spodziewałem się czegoś specjalnie zaskakującego ani tym bardziej nieprzyjemnego z jego strony.
Wszedłem, a raczej jak zwykle wlazłem do gabinetu Szefa energicznie i bez pukania.
- Co się stało Grześ? Bo już myślałem, że te ostatnie godziny przed urlopem będę miał spokojne.
- urlop masz dopiero w poniedziałek – warknął – a dzisiaj jest czwartek.
Ten ton mnie zdziwił.
- No tak, ale jutro w firmie mnie nie ma bo jadę do tej cholernej Łodzi popychać sprawę komandytowej. Zapomniałeś?
Wtedy spojrzał na mnie jakoś dziwnie. Oho – pomyślałem – jednak mamy jakieś „kwiatki”. Ciekawe czy wyjadę na te narty. – Co się stało?
- Wisisz ładne parę złotych za zaliczki, miałeś zorganizować faktury. Kiedy je zobaczę? Zamykamy rok.
- Nie „miałem” tylko „mieliśmy”. Gadałem 2 dni temu z Panem Jerzym i z Markiem Lesiakiem. Podobno są w drodze. Były wystawiane dopiero pod koniec grudnia. Przecież dobrze znasz ten mechanizm. Klient musi się policzyć by wiedzieć na jakie koszty podatkowe może sobie pozwolić.
- Ty mi oczu nie mydlij. Główna księgowa się wścieka. Już 15 stycznia a rok 2003 nie zamknięty. Czekają tylko na parę osób.
Rozłożyłem ręce
- Nic na to nie poradzę. Przecież zawsze to tak wygląda na przełomach roku. Od trzech lat przerabiamy te same problemy. Zresztą co Ci będę tłumaczył. Sam to wszystko wymyślałeś.
- Więc teraz zmieniam zasady! Do jutra chcę pisemne zestawienie Twoich kosztów.
Ten nacisk na słowo „twoich” nie spodobał mi się.
- Moich ??? – podniosłem lekko głos. – W „moim” budżecie nierozliczone są głównie lewe koszty zarządu. Czyli Twoje.
- Musisz to wziąć na siebie bo nam Holendrzy na głowę wejdą. Od czego zatrudniam prawnika? Do jutra napiszesz?
- Nie napiszę. Jutro mam ważną sprawę do załatwienia. Przecież te koszty to tylko ściema i bicie piany. Wybacz Grześ ale są ważniejsze sprawy do załatwienia z którymi muszę się wyrobić przed urlopem. A na ten urlop z dzieciakiem czekałem pół roku.
- Radzę Ci napisz. Wymyśl coś jak nie wiesz albo nie pamiętasz. Zestawienie muszę mieć. Jak Ty nie napiszesz to ktoś inny napisze za Ciebie.
Nie wytrzymałem.
- Kuźwa, Grzesiek, proszę Cię. Co Ty opowiadasz? Ktoś za mnie? O kosztach mojego działu?
Czego Ty chcesz? Mam Ci napisać jak i przez kogo były kupowane licencje transportowe pod stołem? Zrób Prezesie głęboki wdech. Faktury zaraz przyjdą! Ja je z tyłu opiszę jak zwykle a Rozalka Ciszewska zaksięguje, zrobi zestawienie zbiorcze i będzie gites!
- Mówię Ci Tomek, lepiej napisz. Taka moja sugestia!
Powiedział to z takim naciskiem, że drugi raz dzisiaj otworzyłem szeroko oczy. Postanowiłem odpowiedzieć mu w takim samym tonie.\
- Dobra, przemyślę. A teraz wracam do roboty. Zobaczymy się za półtora tygodnia.
Wyszedłem wściekły jak nie wiem co. Co za dziwna rozmowa. Coś się dzieje to pewne. Nie ma wychodzenia na prostą. Chyba znów te prawnicze rekiny robią krecią robotę u guldenów by przejąć ode mnie obsługę prawną firmy. Te podchody robią od czasu gdy Vos Logistics kupił Euroad – największą w Polsce, prywatną firmę transportową.
„Prawniczymi rekinami” nazywałem pewną wielka, międzynarodową korporacja prawniczą, obsługującą kompleksowo, całą korporację transportową Vos Logistics i jej 50 spółek w Europie. Po zakupie Euroadu ci prawnicy uznali, że powstały Vos Logistics Polska Spółka z o.o. należy im się jak psu zupa. Na drodze jednak spotkali mnie, a ja z funkcji szefa działu prawnego wygryźć się nie dałem. Walczyłem dzielnie i udało mi się wykazać ich niekompetencję już przy załatwianiu formalności urzędowych związanych ze zmianą właściciela. Sprawa była ważna, bo skuteczna zmiana inwestora miał się wiązać z zastrzykiem finansowym na kilkaset nowych ciężarówek i kilkakrotnym powiekszeniem stanu zatrudnienia. Problem nie był jednak banalny. Podmiot polski posiadający nieruchomości (np. bazy transportowe) nie może być zakupiony przez podmiot zagraniczny bez zgody Ministra Spraw Wewnętrznych. „Rekiny” przy całej swej pewności siebie, nie potrafili takiej transakcji szybko załatwić, ani inaczej sobie poradzić z tym problemem, a czasu nie było. Ja podszedłem do tematu koncepcyjnie i poradziłem Bielowickiemu by zrobić najpierw transakcję wiązaną. Jakiś inny podmiot polski niech kupi od Euroadu wszystkie nieruchomości zobowiązując się jednocześnie do ich wydzierżawienia Vosowi na okres pięciu lat z opcją odkupu terenów przez Vosa po tym okresie. Czynsz i zapłata przez ten okres w rozliczeniu. Sprawa została błyskawicznie klepnięta i sfinalizowana. Firma Ceramique Poland Grześka Bielowickiego formalnie zakupiła Bazę w Mińsku. Za miesiąc, Vos Logistics z Oss, już bez żadnych zezwoleń, mógł zakupić „goły” Euroad. Po tym fakcie i kilku drobniejszych zwycięstwach, szefostwo nowego Vos Logistics Polska zdecydowało się zatrzymać mnie, jako swojego stałego prawnika a „Rekinom” pokazało ławę rezerwowych.
Nie bez znaczenia były tu też moje wcześniejsze osiągnięcia. Miałem za sobą wprowadzenie systemu jakości ISO 9002 gdzie razem z Pawłem Sielewiczem i garstką zapaleńców, stworzyliśmy od podstaw większość procedur w firmie, zrobiłem uprawnienia audytora. Przekonałem związki zawodowe, że lepiej żeby kierowcy dostawali wiecej pieniędzy do ręki i mogli jeździć nie oglądając się na ograniczenia godzin nadliczbowych dotyczących pracowników i przenieśliśmy w 2001 roku ponad 100 kierowców na samozatrudnienie. Jako że płace faktycznie jednocześnie podniesiono, wszyscy byli zadowoleni. Opracowałem wzory wszystkich kontraktów korporacyjnych, napisałem instrukcje dla kierowców i spedytorów, stworzyłem wzory listów przewozowych i dokumentów organizacyjnych, szkoliłem nowy narybek, zakładałem oddziały za granicą, negocjowałem umowy ze wszystkimi ważniejszymi klientami, negocjowałem kontrakty leasingowe, wyciągałem kierowców z paki w Dover (podejrzewanych o przemyt nielegalnych emigrantów), prowadziłem fundację pomocy ofiarom wypadków komunikacyjnych, a razem z prywatnym detektywem szukałem ukradzionych transportów z elektronika firmy Thomson. Asystowałem też przy badaniach wariograficznych spedytorów odpowiedzialnych za obsługę Thomsona. Wprowadziłem rewolucję w windykacji należności, co przyniosło wzrost ściągalności z 16% na 67% i prowadziłem kilkaset spraw sądowych o zapłatę oraz kilka innych o poważniejszym charakterze. A ten dżinks z zakupem autokaru by Euroad odzyskiwał miliony VATu niemieckiego? – też mój wspólny pomysł i Docenta.
Inna sprawa, że tym autokarem pracownicy firmy jeździli co roku za darmo na trzydniowe (pijackie i orgiastyczne) wyprawy na Oktoberfest do Monachium. Przyjemne z pożytecznym.
Ale co najważniejsze, opracowałem nowatorskie rozwiązanie zatrudnienia kierowców w systemie „Spółka Komandytowa – Fundacja” i właśnie zacząłem wprowadzać je w życie. Mianowicie, zostałem głównym wspólnikiem, tzw. komplementariuszem spółki INTER CAR PAROL, którą powołałem w grudniu 2003 r. i odpowiadałem za nią całym swoim obecnym i przyszłym majątkiem. Projekt był mój i nikt go oprócz mnie nie rozumiał do końca, dlatego widząc szansę na dobry biznes, we współdziałaniu z Vosem, zgodziłem się tą Spółkę poprowadzić samodzielnie – odpowiadając jednocześnie głową za powodzenie projektu. W styczniu 2004 r. ta sprawa miała charakter bardzo zaawansowany a oszczędności finansowe dla firmy transportowej a co za tym idzie również dla wszystkich kierowców, szykowały się niebotyczne. Miałem więc prawo czuć się pewnie na swoim stanowisku i nie kłaść uszów po sobie na każdy kaprys prezesa. Był bowiem już nie tylko moim szefem ale i partnerem w interesach.
Licho jednak nie śpi.
Niech to szlag!
Zaraz przypomniałem sobie jak to pół roku wcześniej zwolniono świetną szefową oddziału niemieckiego Monikę Michtę a oddział zlikwidowano. Dlaczego? BO TAK!
Potem, jakiś miesiąc po zwolnieniu Moniki zadzwonił do mnie w konspiracji (nie dość, że około godziny 22 to jeszcze z telefonu domowego) Tadzio Gruba – Dyrektor Transportu Vos, ostrzec mnie, że Boguś Danel (Dyrektor Handlowy a prywatnie szuja) szukał na mnie haka na zebraniu Zarządu. Lecz jedyne do czego, mógł się u mnie przyczepić, to wieczny bałagan na biurku:
- Jak to wygląda w oczach klientów, którzy idąc korytarzem zazezują do pokoju Parola? – Argumentował. Nic jednak wtedy przeciwko mnie nie zdziałał.
Tak czy siak, nie ma jednak sielankowego spokoju, a czas pokazuje, że zakusy są coraz poważniejsze.
Nie mogłem się już tego dnia skupić na pracy.
Hmm.. Ciekawe czy ktoś Grześka podpuścił czy też tym razem prowadzi własną grę?
Był do tego zdolny. Prezesem dzięki został dzięki koneksjom już w wieku 25 lat. Wskoczył na stołek niemal wprost z pozycji asystenta Posła UW Zbigniewa Janasa.
Cholera jasna! – uzmysłowiłem sobie, że ten gość potrafi działać bez skrupułów! Wywalił wtedy z miejsca na bruk 80% składu firmy, mimo że niektórzy z tych ludzi wprowadzili go w tajemnice biznesu transportowego i odkryli się przed nim ucząc tajemnic zawodowych nie podejrzewając jaki to człowiek. Wbił też nóż w plecy swojemu przyjacielowi, gdy ten przestał już być potrzebny.
Kurcze, Grzesiek to karierowicz. Ostro atakuje i się nie ogląda, gdy są wielkie zmiany i musi walczyć o władzę.
Nie wyglądało to najlepiej.
A może ja jestem odczytywany przez kogoś jako zagrożenie w karierze? Nie miałem takich aspiracji ale …Może są planowane jakieś zmiany personalne?
Kto jest takim szczwanym liskiem?! Kto może się obawiać czegoś lub o coś walczyć bo nie ma kompetencji? Może niezatapialny Bogusław, którego nikt jeszcze nie przyłapał na robocie? Niee.. To by było za proste.
O rety, ale bagno!
Trzeba to ustalić, z kimś szczerze porozmawiać, wyjaśnić, przemyśleć.
Tymczasem jutro i tak nic nie ustalę bo musze jechać do Łodzi do KRS pogadać z Sędzią by zarejestrowali czym prędzej mój INTER CAR PAROL. Wtedy będę miał już działającą odskocznię i będę mógł przesunąć swoje zaangażowanie w stu procentach na teren spółki komandytowej. Jeszcze tyle roboty. Kontrakty, regulaminy, rekrutacja kierowców…
Wtedy niech sobie sępy prawnicze w najlepsze biorą po mnie schedę w Vos Polska.
Westchnąłem w duchu.
Szkoda! Tak ładnie wszystko już się układało. A wygląda na to, że jednak spokojne czasy nie nadejdą zbyt szybko. A już na pewno, nie będę miał spokojnego wyjazdu na narty z Mikołajem.
Siedziałem tak przy biurku i deliberowałem. Ekran laptopa działał ale nie wiem co pokazywał, bo wewnętrznie byłem gdzie indziej. Minęła 16-ta. Czas się zbierać. Przesłałem buziaka ślicznej Asi (młodsza kadrówka ale starsza siostra, i to wg mnie ładniejsza, Miski Polski Nastolatek), bąknąłem Ewce „do zobaczyska po delegacji i urlopie” i spakowawszy przepastną teczkę skórzaną wypadłem na korytarz. Na klatce schodowej, jeszcze raz nadziałem się na Bielowickiego.
- Mówię Ci Tomek, lepiej dostarcz to zestawienie.
- Dobra, dobra. Mówiłem Ci, że pomyślę co z tym fantem robić. Ale nie podoba mi się, sposób załatwienia tej sprawy ze mną i tyle.
- Twój ból. Kiedy będziesz?
- 25-tego.
- To miłych nart. Na razie.
- Na razie. (Na zrazie! Kuźwa!)
W piątek w Łodzi poszło jak z płatka.
Sędzia po prostu nie miała kumacji, na czym polega ta spółka komandytowa i do czego ma służyć. Wyjaśniłem grzecznie acz łopatologicznie i ustaliłem, jak powinna wyglądać umowa spółki, by Sąd ją szybko zarejestrował. W spółce miał być jeden główny wspólnik – komplementariusz, czyli ja, zarządzający i pilnujący wszystkiego i mniejszy wspólnicy – komandytariusze : kierowcy, odpowiadający przed wierzycielami spółki tylko do sumy 100 zł i mający dość ograniczone prawa zarządcze i określony udział w zysku spółki
Po południu zadzwoniłem do Romka Piątkowskiego z Radomska.
- W umowie trzeba zrobić zmiany to zarejestrują błyskawicznie. Przygotuję projekt zmian zaraz po urlopie a Ty umów notariusza na ten ostatni tydzień stycznia. Potem pchniemy Gordatową by złożyła poprawiony kwit i będzie w Sądzie wszystko załatwione.
- Ok. Fajnie. Jak to załatwiłeś do cholery? Adwokat Gordat odbijała się od tematu ze 2 tygodnie.
- Nie pytaj. Tajemnica zawodowa hehe. Prawnik prawnikowi takich sekretów nie zdradza. Załatw notariusza i do zobaczenia po 25-tym.
- Jasne. Miłego urlopu.
Swoją drogą, albo ta Gordatowa taka kiepska albo jej się nie chciało. Kazał Pan – Musiał sam.
Nie wiem czy będzie sens przedłużać jej pełnomocnictwo. Zresztą zobaczymy później. Póki co mam inne problemy.
Umówiłem się z ex-żoną odnośnie szczegółów zabrania syna w góry i postanowiłem przez czas wyjazdu tylko wypoczywać i próbować się nie stresować.
Niestety.
Wyjazd na narty był bardzo udany do środy. Już wydawało się, że zapomniałem o kłopotach zawodowych. Już rozjeździłem się na Lolobrygidzie na Szrenicy i na Hali Szrenickiej. Przypomniał mi się luz. Odprężył mnie kosmicznie smak piwa na świeżym powietrzu, grzańce w schronisku, oscypki na ruszcie, wiatr szumiący w czasie jazdy na stoku oraz nocne granie na laptopie z synem. Naprawdę zaczęło mi być bardzo, bardzo dobrze i wypoczynkowo.
Do środy – jako się rzekło.
W środę wieczorem wyjazd nagle zszarzał, Szklarska Poręba przestała tak kusić a stok przestał być azylem.
Wszystko przez telefon od mojego przyjaciela z firmy.
Nie mogę napisać od kogo, bo może jeszcze tam pracuje, a mam dług wdzięczności do dzisiaj.
Przyjaciel zadzwonił żeby mnie ostrzec.
- Tomek, sorki, że przeszkadzam w urlopie ale mam wiadomość, która może być dla Ciebie ważna.
- O co chodzi? Dlaczego dzwonisz z domowego?
- No właśnie ze względu na wagę sprawy. Dziś w firmie była narada z udziałem Bielowickiego, Danela i Ewki Pośpiech pod tytułem „jak się pozbyć Parola”. Nie wiem kto inspirował, po co to robią i co wymyślili. Ale na pewno jakieś szachrajstwo, bo Ewka potem szurnęła do siebie jak zmyta a Danel zaczął puszczać swój lisi uśmieszek. Tak, że musisz się po powrocie przygotować na jakieś niespodzianki.
- Cholera. Dzięki. Tylko ta trójca była?
- Nic więcej nie wiem. Może jeszcze ktoś. To było spotkanie dyskretne i chyba nagłe dla niektórych.
- Dzięki jeszcze raz. Jakby były jakieś nowe informacje to dawaj znać proszę. To kurwa już sobie wypocząłem.
Faktycznie, kolejne dni wypoczywałem coraz mniej. Starałem się trzymać fason i uśmiechać do Mikołaja ale nie wychodziło za bardzo. Serce mi waliło i ciśnienie skakało.
- Co się stało Tato?
- Nic, młody człowieku, to tylko praca i przyziemne kłopoty dorosłości.
Tylko? – gryzłem się – no chyba jednak to „aż praca”. Uświadomiłem sobie wtedy jak lubiłem tą robotę. Praca naczelnego prawnika dużej firm to nie miód z mlekiem, ale ja sprawy transportowe znałem od podszewki, a samodzielność jaką sobie wyrobiłem dawała mi niebywałą satysfakcję przy rozwiązywaniu problemów korporacyjnych. Cholera!
Końcówka wyjazdu na narty już tak nie cieszyła i minęła raczej w ciężkiej atmosferze.
Co ten Bielowicki odpieprza?!
Czekałem na poniedziałek.
W poniedziałek 26 stycznia 2004 r. około godz. 10 zostałem poproszony do Prezesa Bielowickiego. Gdyby nawet mnie nikt wcześniej nie ostrzegł, ani gdyby nie było scysji kilkanaście dni temu to i tak bym się zorientował z miejsca, że coś jest bardzo nie w porządku.
Bielowicki przybrał zaciętą minę i oficjalny ton.
- Nie dostarczyłeś mi zestawienia, chciałbym zatem usłyszeć na co poszły pieniądze.
- Dobrze wiesz Grzesiek na co poszły. Ale jeśli mam Ci przypomnieć dokładne kwoty i daty to Ci przypomnę. Poczekaj chwilkę.
Otworzyłem drzwi i zawołałem pętającego się (podsłuchowywać??) Bogusława Danela.
Już w 6 oczu a nie 4-y wyjaśnialiśmy sobie szczegółowo temat pobranych przeze mnie zaliczek dla Zarządu, który podobno kupował za nie „pod stołem” licencje transportowe.
Problem handlowania licencjami był znany w środowisku transportowym i ja, jako prawnik z branży, nie raz na ten temat się wypowiadałem w prasie, piętnując nasze Państwo za stawianie przewoźników przed wyborem: zapłacić pod stołem lub się nie rozwijać.
Jeśli chodzi o Euroad (późniejszy Vos Polska) – wprawdzie nigdy przy takiej tnarsakcji nie byłem. Tajemnicą poliszynela jednak było, że licencje (dawniej zwane koncesjami) na transport międzynarodowy, firma ta zdobywała w następujący sposób:
Marek Lesiak sprawdzał w Biurze Obsługi Transportu Międzynarodowego czy nie ma nowych licencji do wzięcia. Zazwyczaj nie było. Tymczasem firma się rozrastała i musiała je jakoś zdobywać na nowe ciężarówki.
Licencję nadawał BOTM decyzją administracyjną na wniosek. Decyzji kupić nie można było. Ale można było znaleźć firmę-bankruta która zwijała działalność transportową i nie mogła już wykorzystać wszystkich posiadanych licencji. Mogła za to zrzec się danej licencji w BOTM na rzecz wybranego podmiotu. Wystarczyło teraz dogadać się z firmą-bankrutem ile chce za zrzeczenie się licencji na rzecz Vos Logistics. Licencje kosztowały różnie w zależności od rodzaju. Od 5 tyś. EURO za tzw. licencję krótką (np. na jeden kraj) po 15 tyś. EURO za licencję na wszystkie kraje. Problem w tym, że zrzeczenie się jest darmowe (jak sama nazwa wskazuje) tak że nie mogło rozliczenie nastąpić na podstawie faktury. Wymyślało się więc faktury na fikcyjne usługi lub dawało pieniążki gotówką, pod stołem bez żadnych faktur.
Ze względu na bardzo wysokie kwoty (do 70 tyś złotych) wszystko załatwiał Marek Lesiak wespół z Bielowickim lub Panem Jerzym Juszkiewiczem – Prokurentem Vosa.
Gdy koncesja okazywała się zbyt długo nieużywana, prokurowano na kserokopiarce lewe CMR-y i przedstawiano urzędnikom w BOTM, którzy wiedząc o co chodzi, przyklepywali je „za zgodność z oryginałem” i koncesyjka stawała się „odblokowana” i gotowa do użycia.
Niestety, przy zakupie kilkudziesięciu ciężarówek rocznie trzeba było zorganizować tyleż (czytaj: kilkadziesiąt) licencji-koncesji. Kwoty nierozliczonych zaliczek pobieranych przez Marka Lesiaka i inne zaufane osoby, które proszono o ich branie z księgowości, rosły niebotycznie. Pod koniec roku, kilku pracowników firmy wisiało z długami, które trzeba było jakoś rozliczyć. Bielowicki, Prokurenci i niektórzy Dyrektorzy organizowali więc swoimi kanałami lewe lub prawdziwe faktury (nigdy tego nie sprawdzałem) by „wyprać” nierozliczone lewe koszty przed zamknięciem roku. Podmioty wystawiające takie faktury czekały jednak często do końca roku, gdyż musiały sobie policzyć na jakie koszty podatkowe mogą sobie w danym roku pozwolić, by być samemu na tip-top z fiskusem.
Nerwówa na przełomie lat więc zawsze była niezła, ale zawsze księgowość otrzymywała te faktury na czas i zaliczki zostawały rozliczone. Rzecz się działa od 4 lat i dlatego moja czujność była uśpiona. Tymczasem wyglądało na to, że mój fikcyjny dług zostaje właśnie wykorzystywany, by się pozbyć mnie ze spółki.
Ja jednak wtedy pamiętałem dokładnie wszystkie polecenia jakie otrzymywałem od Jerzego Juszkiewicza a przy których był Danel (siedzieli w jednym pokoju). Juszkiewicz był na urlopie. Zawołałem więc (jak już wspomniałem) pętającego się po korytarzu Danela.
Zaskoczony Danel wszystkie moje słowa potwierdził, wszystko pamiętał i przytakiwał gdy powoływałem się na wcześniejsze ustalenia z Jerzym Juszkiewiczem.
Bielowicki znalazł się w trudnej sytuacji oszczercy, złapanego za rękę. Trudno więc mu było ukryć zmieszanie.
- Faktury przyszły? Kiedy załatwisz sprawę w księgowości? – Wyraźnie kapitulował.
- Nie wiem, nie pytałem jeszcze. Od rana miałem sporo spraw.
- Wydawało mi się, że ta jest dla Ciebie najważniejsza. Ustal to natychmiast! – Skoczył znowu, próbując zatrzeć kiepskie wrażenie.
Trochę odetchnąłem ale i tak wyszedłem z gabinetu wściekły. Dobra, sprawdzę czy już są te faktury to może się w końcu odczepi. Zajrzałem do kuwety z dokumentami.
Faktury przyszły.
Co oni za firmę znowu wynaleźli? Atmosfera jednak nie nadawała się do dyskusji. Opisałem kwity szybko i złożyłem Teresie Ciszewskiej (właściwie Rozalii Teresie) – Głównej Księgowej.
Czyżby sprawa załatwiona? Oj coś nie wydaje mi się.
Na drugi dzień, we wtorek, moje obawy się potwierdziły. Zadyma dopiero zaczynała wchodzić w decydującą fazę.
Rano Bielowicki poprosił mnie do siebie.
- Tomek, mam informację, że te pieniądze nie trafiły tam gdzie miały trafić.
- Słucham!? – nie wierzyłem własnym uszom – Zarzucasz mi, że je ukradłem?
- Interpretuj to sobie jak chcesz, bo nie jest to tylko moje zdanie. Masz oddać kasę natychmiast, albo… dogadać się z nami w inny sposób, bo to się zaraz źle skończy.
Zerwałem się czerwony jak burak i zacząłem krzyczeć.
- Chyba kpisz!!! Ani mnie w nic nie wrobisz ani ja sobie nie pozwolę na takie traktowanie!!!
Nerwy mi puściły. Wypadłem jak z procy z gabinetu Prezesa i jebnąłem drzwiami!!
To kurwa koniec!
Ktoś kombinował jak się mnie pozbyć i wykombinował!
Nie wiedziałem co ze sobą zrobić.
Posłałem mordercze spojrzenie w kierunku drzwi Danela i dwoma słowami usadziłem na miejscu moją asystentkę Izę Wiśnios, która zdaje się, chciała coś do mnie powiedzieć nie na temat! Wpadłem do pokoju po komórkę, sypnąłem coś na temat skurwysyństwa i zamknąłem się w Sali konferencyjnej.
Za chwilę, jeszcze wściekły zadzwoniłem do Piątkowskiego.
- Umówiłeś tego notariusza?
- Tak, na jutro.
- Świetnie. Masz przygotowane te zmiany, które ustalaliśmy?
- Tak
- To dobrze bo moja praca w Vosie się kończy. Teraz będę działał tylko na własny rachunek. Jutro o 11,00 widzimy się w Łodzi.
Piątkowski wydawał się strasznie zaskoczony i wyłączył się szybko, nie chcąc chyba uczestniczyć w jakiejś niezidentyfikowanej awanturze warszawskiej. Bardzo mądrze.
Zrobiłem głęboki dech. Co dalej?
Wróciłem do pokoju i z zaciętą miną zacząłem porządkować dokumentację.
Śledziły mnie oczy dziewczyn z kadr, z którymi pracowałem w pokoju. Otwarte szeroko oczy młodej blondynki Asi i uciekający wzrok dwadzieścia lat starszej od niej Ewy. Uchwyciłem przez moment te spojrzenia. Oj Ewa, Ewa – nie masz Ty czystego sumienia, a tak Cię zawsze lubiłem.
Dokumentów do uporządkowania było jednak zbyt dużo, wziąłem się więc za biurko i komputer.
Nie miałem złudzeń. To jeden z ostatnich dni mojej pracy w tej firmie.
W dodatku Danel, właśnie dał mi do zrozumienia, że jak Grzesiek od niego zażąda, by zapomniał o naszej wspólnej rozmowie i o przeznaczeniu zaliczek, to „zapomni” i już mi nic nie potwierdzi.
Takie życie – podobno.
Wierzyłem Danelowi. Zawsze panoszył się niczym jadowita jaszczurka – na pozór sympatyczny kumpel, ale nie raz widziałem jak kogoś klepał po ramieniu a pięć minut później, za plecami, szczuł innych na niego ile tylko mógł. Oczywiście wszystko w swoim dobrze pojętym interesie.
Miał coś z Anioła z „Alternatyw 4” i coś z dworzanina na zamku królewskim.
Wodził prym na tym „Dworze” czekając na „nadania”.
Uaktywniał się zawodowo jedynie przed imprezami firmowymi. Dlatego był zwany głównym kaowcem Vosa. Nie miał przyjaciół tylko lizusów i był dosyć niebezpiecznym gościem. Rozgrywał sprawy szeptanką. Traciłeś jego poparcie, dni twoje były policzone.
Grzegorz Ocipka, były kierownik drobnicy, który w styczniu został w niejasny sposób zmuszony do odejścia, zadzwonił od nowego pracodawcy komentując: Ty wiesz jaka to przyjemność, zobaczyć, że tu w Gefco, to nawet Dyrektor Handlowy pracuje?!
Zdaje się, że tym razem, to moim zadaniem jest zebrać cięgi i jak najszybciej opuścić firmę.
Chętnie bym teraz, przekazał innym pracownikom Vosa takie oto memento: wypruwajcie żyły, starajcie się, ufajcie jak nikomu, a i tak jak przestaniecie być potrzebni, albo staniecie na drodze Grzesiowi, Bogusiowi i jeszcze paru innym, to bez skrupułów zapomną wszystkie zasługi, oddanie i lojalność w stosunku do firmy.
Albo was się pozbędą, albo po prostu wrobią w swoje problemy i nie pomogą.
Tak czy siak odejdziecie w niesławie głoszonej na prawo i lewo.
Dobrze, że ja przynajmniej mam gdzie odejść.
Jest mój projekt i moja fundacja. Nie jestem taki bezradny.
Ale te szkolenie Fleet Menagerów niech sami już sobie przygotują. Nie wiem kto to zrobi. Iza Wiśnios jest za głupiutka i zbyt niedoświadczona. Wziąłem ją na asystentkę głównie do pilnowania komorników. Wiedzy o logistyce, znajomości dokumentacji i intuicji prawniczej nie nadrobi samym przespaniem się z Prezesem (ta Koza sama się tym chwaliła). Ale szansę ma. Jak się weźmie do pracy to po kilku latach sobie poradzi i to nawet bez łóżkowego wspomagania.
Wcześniej jednak, pewnie wejdą przytupujące Rekiny lub inna utytułowana kancelaria międzynarodowa. Takiej Korporacji nie stać na upadek kultury prawnej.
Porządkując swoje sprawy dotrwałem w milczeniu do końca dnia.
Przemyślałem cały plan działania.
Jutro rano przed wyjazdem do Łodzi doręczę Bielowickiemu moje wypowiedzenie za porozumieniem stron w trybie natychmiastowym.
Nie chcą mnie, więc nie będą mnie mieli.
Nie dam się też więcej poniżać i obrażać.
Bielowicki ty chuju!!
Jak nie podpiszesz porozumienia to złożę jednostronne wypowiedzenie z winy pracodawcy ze względu na mobbing!!!
Nie przypuszczałem wtedy, że wcale nie chodziło o wywalenie mnie z Vosa.
Intryga Bielowickiego miała wywołać zgoła inny skutek.
Klocki poukładały mi się dopiero na drugi dzień w Łodzi, gdy zablokowano mi firmową kartę kredytową. Przykra niespodzianka, kiedy jedyne środki jakie się ma przy sobie to właśnie ta karta.
Obiad zjadłem dzięki uprzejmości Piątkowskiego, który bardzo się dziwił, że mnie tak traktują wiedząc, że jestem właścicielem know-how jak ograniczyć drastycznie koszty organizacyjne zatrudnienia kilkuset kierowców i właśnie rejestruję swoją spółkę komandytową.
- Robić Ci Tomek takie numery w takiej sytuacji? Czy oni nie myślą do cholery?
- Nie wiem czy myślą – odparłem. – Pewnie to szpileczka prawników holenderskich. Nie chce mi się już o tym gadać.
Za dwie godziny zadzwonił Bielowicki i wtedy do mnie dotarło.
- Albo się stawisz u mnie i przyjmiesz nasze warunki albo się zajmie tobą prokurator!
Wyłączyłem się. Mną prokurator? Chyba Tobą fiucie!! Jeszcze będziesz ze mną negocjował jako komplementariuszem INTER CAR PAROL. Puściłem mu mniej więcej takiego sms-a.
Zdecydowanie nie byłem teraz w nastroju do takich negocjacji.
Trzeba się uspokoić. Przemyśleć.
Tymczasem nerwy miałem jak postronki, a serducho zaczęło napierdalać jak szalone. Trzeba iść do lekarza choć po 2 dni zwolnienia. Uspokoić emocje i rozegrać to na zimno.
Przez skórę czułem, że spółka komandytowa będzie teraz moim głównym atutem.
Tylko czy będę w stanie tym zagrać teraz?
Kurwa! Kurwa! Kurwa!
W czwartek rano, będąc na lekach uspokajających zadzwoniłem do Jerzego Juszkiewicza Doradcy Prezesa Vos i Prokurenta Spółki. Był to starszy, 70-letni gość, niezmiernie sympatyczny erudyta, zawsze wyciągający pomocną dłoń. Istny „brat łata”.
Ponadto legenda transportu polskiego (słynny „współczynnik Juszkiewicza), osoba o niezwykłym autorytecie w firmie i mająca magiczny wpływ na Bielowickiego.
Nie raz toczyliśmy długie rozmowy o spedycji, literaturze i historii. Nie raz przy tym widziałem jak Pan Jerzy powstrzymywał Grzegorza w jego autorytarnych zapędach i uczył ludzkiego punktu widzenia („Panie Grzegorzu, z niewolnika, nie ma pracownika”).
Zadzwoniłem do Pana Jerzego z prośbą o mediację. Miałem nadzieję, że wszystko to rozegrało się bez jego aprobaty (bo w czasie gdy był na urlopie).
Pan Jerzy mnie wysłuchał spokojnie i sprawiał wrażenie zmartwionego oraz zdziwionego.
- Grzegorz Panu zarzuca kradzież? Toż to nonsens panie Tomku. Porozmawiam z nim, bo to musi być jakieś koszmarne nieporozumienie. Zdzwonimy się za parę godzin. Łapać Pana w firmie?
- Niee. Jestem na zwolnieniu. Trochę mnie to trafiło.
Niestety firma Vos kilka minut później wyłączyła mi telefon służbowy.
Znów podniosło mi się ciśnienie – wszystko szło zdecydowanie tylko w jednym kierunku.
Wygrzebałem skądś telefon fundacyjny i uaktywniłem, by mieć kontakt ze światem.
Około południa zadzwoniłem znów do Pana Jerzego. Rozmowa miała już inny charakter. „Brat łata” prysnął jak bańka mydlana.
Krótko i węzłowato Juszkiewicz mi przekazał, że mam oddać „te pieniądze” a jeszcze lepiej żebym dogadał się „tak jak Grzegorz tego chce”.
Zaskoczony nie wiedziałem co powiedzieć. Pożegnałem się i wyłączyłem.
Ktoś mnie potem uświadomił: A czego się spodziewałeś człowieku? Juszkiewicz to były esbek i wykładowca szkoły milicyjnej w szczytnie w latach 50-tych. Tacy ludzie nie mają skrupułów i gdy trzeba natychmiast dostosowują się do sytuacji. – Nie chciałem tego jednak przyjąć do wiadomości. Znałem człowieka pare lat. Nie mieściło mi się to w głowie.
Po tej ostatniej akcji zdecydowałem się jednak podjąć zaplanowane wcześniej, zdecydowane działania.
Napisałem i wydrukowałem natychmiastowe wypowiedzenie stosunku pracy z winy pracodawcy ze względu na stosowanie mobbingu.
Na drugi dzień wysłałem je do Vosa pocztą kurierską.
Tak definitywnie zamknęła się dla mnie, obiecująca kariera szefa działu prawnego w korporacji Vos Logistics Polska i dobre czasy ciekawej pracy, najczęściej (fakt, że głównie za czasów Euroadu) w koleżeńskim i wesołym zespole.
Byłem zszokowany, jak w ciągu tygodnia stan „pewnego zagrożenia” zmienił się w stan „ostrej wojny” z byłym już pracodawcą.
Był piątkowy wieczór 30 stycznia a ja czekałem jakie „działa” wytoczy teraz korporacja.
)”.