Moja walka z mafią transportową Vos Logitics

wrzesień 26, 2006

2

Zaszufladkowany do: Uncategorized — tomek1 @ 10:17 am

Rozdział 2

 

Nie pamiętam za bardzo co robiłem ten pierwszy zupełnie wolny weekend po stracie pracy. Próbowałem zapewne pozbierać myśli. Spotkałem się na pewno ze swoim kuzynem Arturem. Jego synek – Szymek miał parę dni wcześniej urodziny i czekał bardzo na tego wujka „od dużych prezentów” który rzadko przychodzi. Wypadało więc kupić kolejny wielki prezent i się pojawić. Pierwszy raz wtedy zapytałem się Artura o radę.

 

Byliśmy rówieśnikami, bliskimi kuzynami (syn rodzonego brata mojego ojca) i mieszkaliśmy zawsze kilkanaście kilometrów od siebie. Nie widywaliśmy się wtedy zbyt często. Może ze dwa lub trzy razy do roku. Problem w tym, że nasi ojcowie byli ze sobą poważnie skłóceni i ta część rodziny była w rozsypce. Mieliśmy jednak wspólne nazwisko, wspólne dzieciństwo w wakacje u babci na wsi i wielkie do siebie zaufanie. Ponadto wspólnie uważaliśmy, że jesteśmy całkiem niegłupi.

 

Artur jak przystało na bystrego i potrafiącego kalkulować faceta zadawał precyzyjne i trafne pytania. Nie miał jednak gotowych rozwiązań. A ja pytając go o radę chciałem wykorzystać też ten fakt, że wcześniej nie raz dyskutowaliśmy o zarządzaniu w transporcie i firma Vos Logistics nie była dla Artura zupełnym terra incognita.

 

- Odczekaj Tomek chwilę, zobacz o co tak naprawdę chodzi. Moim zdaniem wyrabiają sobie do czegoś pozycję negocjacyjną. Myślę, że to prawdziwi menadżerowie i emocje zgasną jak iskry gdy wyłożą karty na stół. Myślę też, że za bardzo się przejmujesz. Pamiętaj, że w biznesie nie ma obrażania się.

 

Postanowiłem zatem czekać.

Trwało to kilka dni. W końcu ruch z tamtej strony nastąpił i „działa” zostały wytoczone.

 

Skontaktował się ze mną Mec. Jacek Tokarski. Znałem go dobrze, bo był szefem kancelarii prawnej, z którą czasem współpracowałem.

 

Dziwna postać. Wiek około 36 lat, łysiejący, podejrzanie grzeczny. Pojawiał się wszędzie, niczym papużka nierozłączka, ze swoim wspólnikiem Mec. Rafałem Olszewskim.

Mistrzowie dobrego wrażenia. A Tokarski szczególnie. Zdawać by się mogło, że profesjonalista w każdym calu.

 

Ja jednak miałem o nim inną, prywatną opinię.

Oślizgły pochlebca i oportunista. Zrobi wszystko by pozyskać klienta. I klientowi powie to co ten chce usłyszeć – by go nie stracić. Przy tym megaloman, intrygant i człowiek bez kręgosłupa moralnego. Jako prawnik niedorobiony jakiś i niepatrzący zbyt daleko i zbyt wyraźnie. Nadawał się tylko do prowadzenia spraw sądowych, wytoczonych przez byłych kierowców o zapłatę, nadgodzin i diet.

Takie też zlecenia „tylko” dostawał od Euroadu i od Vos za moich czasów.

Sprawy bardziej skomplikowane po prostu partolił. Dlatego po dwóch nieudanych próbach, już ode mnie, jako szefa działu prawnego nie mógł liczyć na żadne specjalne mecyje. Dlatego, chyba się nie lubiliśmy za bardzo.

 

I ten oto człowieczek zaproponował spotkanie w kawiarni, powołując się na wszelkie pełnomocnictwa od Vos dotyczące naszego sporu.

 

Ucieszyłem się nawet, licząc na merytoryczną rozmowę jak „prawnik z prawnikiem” i konstruktywne załatwienie sprawy. Na wszelki jednak wypadek postanowiłem to nasze spotkanie nagrać.

 

 

Tokarski wkroczył do knajpki jak młody byczek, w doskonale skrojonym garniturze i od razu zaatakował.

- Witam panie Tomku. Napsuł pan krwi prezesowi Bielowickiemu i teraz sprawa pana przerosła.

- No nie wiem, kto tu komu krwi napsuł bardziej. Co ma mi Pan do powiedzenia?

- To, że znalazły się fałszywe faktury, które pan poświadczył i teraz jest pan winien firmie ponad 50 tysięcy złotych.

- Jakie faktury? Co pan plecie?

- Popełnia pan błąd panie Tomku zapominając, że cała dokumentacja księgowa i wszystkie dokumenty znajdują się w dyspozycji firmy Vos. Założę się, że jak księgowi zaczną szukać to pojawią się inne jeszcze fałszywe dokumenty pana obciążające.

- Nie wiem o czym pan mówi. Z pieniędzy branych na zaliczki korzystali w niejasnych celach ludzie z Zarządu Vos z Bielowickim na czele. I oni też dostarczyli mi faktury do rozliczenia pieniędzy branych z mojego budżetu. Jeśli faktury były fałszywe to sfałszował je Bielowicki i mi podłożył – powiedziałem z naciskiem.

- Bardzo proszę by pan nie wypowiadał się w ten sposób na temat prezesa Bielowickiego!

- A niby dlaczego? Jeżeli pieniądze z firmy wypłynęły to on je ukradł nie ja! – warknąłem.

- Oczywiście ma pan na to dowody?! – zakpił Tokarski.

Milczałem, gapiąc się na tego bezczelnego typa. A on złapał wiatr w żagle i kontynuował.

- Jeżeli pan nie pójdzie na układ i nie zrobi tego co mamy do zaproponowania, to gwarantuję, że będzie pan miał wielkie kłopoty z prokuraturą, bo dokumenty i zeznania świadków są przygotowywane. Siedmiu prawników mojej kancelarii nad panem pracuje i na pewno coś znajdą. Ponadto, niedługo zostaną zwolnieni pańscy bliscy przyjaciele z firmy, wie pan kogo mam na myśli, nawet dziesięć osób może polecieć za współudział w tych defraudacjach. Naprawdę czuje się pan na siłach wziąć odpowiedzialność za losy dziesięciu ludzi? Do tego dopilnujemy, by wszyscy pracownicy firmy Vos Logistics oraz całe środowisko transportowe dowiedziało się, że jest pan oszustem i złodziejem. Myśli pan, że wtedy znajdzie pan pracę w branży?

- Pozwę was o zniesławienie!!

- Panie Tomku, chce pan walczyć sam z bogatą korporacją? Nie jest pan zamożnym człowiekiem. Nie będzie pan miał z czego żyć. Do tego zlicytujemy pana i zapewniam, że zabierzemy wszystko co pan ma. Zdziwi się pan jak szybko i sprawnie potrafią działać sądy i komornicy w warszawie.

Aż mnie zatkało.

- Co Pan proponuje? – spytałem starając się otrząsnąć.

- Wycofa Pan najpierw wypowiedzenie pracy ze względu na mobbing i przyjmie dyscyplinarne zwolnienie. Podpisze Pan też uznanie długu. – Tokarski spokojnie kontynuował, widać było, że takie rozmowy to dla niego chleb powszedni.

- Chyba Pan żartuje. Nie mamy o czym mówić.

- Niech pan Posłucha. Prezes Bielowicki bardzo pana cenił i nie chce panu robić krzywdy. Chce mieć tylko spokojną głowę i dać nauczkę, lekką zresztą.

Milczałem nie wiedząc co robić z takim ubeckim szantażem. Tokarski kontynuował:

- Panie Tomku, uznane długu będzie tylko gwarancją dalszych negocjacji. Mamy jeszcze kilka propozycji współpracy i ten dokument będzie tylko po to by Pan się nie rozmyślił i grzecznie współpracował. Taka nasza polisa, której tak prawdę nie mamy zamiaru wykorzystać. Jak nerwy miną, uznamy, że jesteśmy rozliczeni.

- Pana propozycje są nie do przyjęcia. Nie dogadamy się na takich warunkach.

- Niech się Pan namyśli, bo my jesteśmy zdecydowani na wszystko. Oświadczenia są już przez świadków składane i zaraz będzie za późno. Dziś czwartek, ma Pan czas do wtorku.

- To jest ordynarny szantaż!! Jaką mam gwarancję, że tacy ludzie jak Pan czy Bielowicki dotrzymają słowa?

- To jest propozycja Panie Tomku. P-r-o-p-o-z-y-c-j-a! I może Pan o niej myśleć jak mu się podoba. Ja mam zadanie załatwić tą sprawę szybko i skutecznie. Jak Pan podejmie mądrą decyzję to podpiszemy jedno, krótkie porozumienie i zapomnimy o konflikcie. Był Pan osobą bardzo lubiana w firmie. Jest pewien szum wokół sprawy. I niech mi Pan wierzy, że Prezesowi nie zależy na ciągnięciu tej awantury. Chce uspokojenia nastrojów.

- Myślę, że na dzisiaj nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia. Muszę wszystko przemyśleć..

- Dobry ruch Panie Tomku. Proszę przemyśleć moją propozycję. A tak prywatnie powiem Panu, że na Pana miejscu. ja sam bym tą sprawę trochę lepiej rozegrał.

 

Wstałem i wyszedłem bez pożegnania. Byłem zszokowany. Nie tylko tymi groźbami i szantażem ale też w jakiej bandyckiej firmie i z jakim ludźmi przez tyle lat pracowałem.

Inna sprawa, że przejmując Euroad Holendrzy dokonali spustoszenia w ładzie korporacyjnym tej firmy. Przyjacielskie, a nawet rodzinne stosunki w zespole stały się smutnym wspomnieniem. Wszystko pękło z hukiem, gdy kilka osób uległo presji i się zeświniło. Pojawiło się zagrożenie i skurwysyństwo. A może nie pojawiło ale obudziło (taki Bielowicki czy Danel)?

Teraz ja jestem tego ofiarą. Przegrywam tą partię. Wierzę bowiem, że są w stanie zrobić to czym grożą. Wyrzucą znajomych i zniszczą mi życie zawodowe oraz prywatne. Co robić? Co robić?! Trzeba się zastanowić: faktycznie, może im zależeć na spokoju w biurze i na końcu „szemrania” wśród pracowników. Mogli wszyscy zinterpretować tą historię jako początek czystki. Więc teraz pewnie jest napięcie i obawa przed tak bezwzględną miotłą, która wymiata z firmy nawet tak zaufane i zasłużone osoby jak Parol. Wiedziałem od przyjaciół, że Bielowicki zaprasza na rozmowę pojedynczych pracowników i długo im tłumaczy, jakim ja byłem złodziejem, i że „dla dobra firmy nie mógł postąpić inaczej”.

A jeśli mowa o przyjaciołach… A jeśli rzeczywiście ich zwolnią? Ta obawa wracała jak bumerang. Nie mogę brać na siebie odpowiedzialności za Docenta, Firczyka, Aśkę, Jacka Staniszewskiego, Sielka, Zbyszka Knapika, Izkę Żakowską czy Krzyśka Kaczmarczyka i … Bóg wie kogo jeszcze. Mówił o 10 osobach. Dziesięć osób gotowi są zgnoić by mi dać nauczkę.

Ale skurwysyństwo!!

Ta właśnie groźba zniszczenia przyjaciół najbardziej mnie przestraszyła.

A co z fundacją komunikacyjną? A jeśli popsują nam reputację?

Z drugiej strony, mam przecież z czego żyć i świadectwo pracy może nie być mi na razie potrzebne.

I co to za dalsze rozmowy?

Może chodzić o współpracę z INTER CAR PAROL Spółką komandytową.

Jak się dogadam i pociągnę sprawę komandytowej, to tym bardziej nikogo nie będzie interesowało, że otrzymałem z Vosa dyscyplinarne zwolnienie.

Spółka komandytowa ma teraz 3 osoby i koncepcyjnie jest świetna ale rynkowo jeszcze niewiele warta. Trzeba się jakoś dogadać, by przyjąć chociaż tę pierwszą pulę kierowców. W przeciwnym razie założą drugą spółkę komandytową i będą próbowali wykorzystać moje rozwiązanie. Dobrze, że mam przewagę co najmniej dwóch miesięcy – ja swoją zacząłem rejestrować już na początku grudnia. Każdy miesiąc działania spółki komandytowej, to już przy dwustu kierowcach, oszczędności rzędu kilkuset tysięcy miesięcznie. Poza tym nikt poza mną nie zna tak dobrze całej koncepcji projektu.

 

Vos bez kontraktu z moją spółką nie zaoszczędzi na kosztach, nie zreformuje polityki zatrudnienia, nie uprości organizacji i straci miliony i kierowcy przestaną wytrzymywać presję.

Inna sprawa, że i ja bez współpracy z Vosem będę musiał się nieźle napocić by ten pomysł komuś sprzedać.

Może warto schować ambicję do kieszeni i pójść na układ? Zgoda buduje – niezgoda rujnuje.

Myśleć! Myśleć!

A przede wszystkim się uspokoić. Jutro też jest dzień.

 

„JUTRO” nadeszło wolno i po nieprzespanej nocy. Przed południem, tłumiąc obrzydzenie zadzwoniłem do Tokarskiego.

- Co, namyślił się Pan, Panie Tomku?

- Namyśliłem. Kiedy możemy podpisać dokumenty?

- Kiedy tylko Pan zechce. Ale umówmy się najwcześniej na przyszły tydzień bo musimy je przygotować. Kiedy Panu pasuje?

- We wtorek 10-tego lutego.

- Znakomicie. Zapraszam do nas do kancelarii na godz. 9.00.

- Chciałbym jeszcze tylko ustalić czy nasza niniejsza rozmowa oznacza, że zaprzestajecie natychmiast, działań przeciwko jakiejkolwiek osobie związanej blisko ze mną?

- Oczywiście, Panie Tomku. Już odwołuję prawników i dzwonię do Prezesa Bielowickiego, że sprawa zostanie załatwiona.

- Trzymam Pana za słowo. Do widzenia.

 

We wtorek było zimno i markotnie. Miałem kwas w ustach i gruz w oczach. Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że oto zostałem złamany przez jakąś miernotę bez skrupułów. To nie były miłe myśli więc do Kancelarii R.Olszewski, J.Tokarski & S-ka wkroczyłem z nietęgą miną – choć skoncentrowany.

Tokarski wyłożył przed sobą kilka dokumentów.

Popatrzyłem z niechęcią.

- Miał być tylko jeden!

- Panie Tomku, jest Pan prawnikiem. Pracował Pan w dwóch spółkach: Vos Logistics i Agencji Celnej. Tego się nie da zrobić na jednym dokumencie. Niech Pan podpisze.

Cofnięcia wypowiedzenia podpisałem szybciutko mimo, że nie podobało mi się ich antydatowanie. Tokarski burknął wtedy, że to drobiazg i że ze swojej strony słowa dotrzymali i akcję wstrzymali.

Potem mi przedstawił porozumienie o uznaniu długu. Zawahałem się.

Tokarski szybciutko zaczął wyjaśniać:

- Pozwoliliśmy sobie wprowadzić zapis dotyczący sfinalizowani rozmów na temat kupienia od Pana spółki komandytowej.

- Jakich rozmów? Żadne rozmowy nie były prowadzone.

- Myli się Pan. Były i są. Chcielibyśmy zamknąć te negocjacje do końca tego miesiąca.

Zaczynałem coraz wiecej rozumieć.

Tokarski ciągnął dalej.

- Panie Tomku, dogada się Pan z Vosem na temat warunków. Co chciałby Pan w zamian itd. Potem za tę spółeczkę, a potem podpiszemy równolegle odpowiednie dokumenty i zrobimy anulowanie tego wirtualnego długu. Pasuje?

Ucieszyło mnie, że ta trzyosobowa spółka (ja i 2 kierowców) jest dla nich tak cholernie ważna. Nie miałem dobrego nastroju. Czułem się frajersko i niepewnie przed tym chamem. Ale postanowiłem grać dalej tymi argumentami, które wkładano mi do ręki. Spojrzałem na zapis dotyczący spółki INTER CAR PAROL..

- Dlaczego jest „przekazanie” a nie „sprzedaż”?

- Panie Tomku – jego słowa były coraz bardziej cukierkowe – tak napisaliśmy i tak zostało zaakceptowane przez klienta. Nie chcemy Pana oszukać. Nikt nie twierdzi, że „przekazanie” ma być nieodpłatne. Jak się Pan uprze to zmienimy ale będzie to długo trwało i ktoś może uznać w tym czasie, że Pan utrudnia by grać na czas i też wykona jakiś nieuprzejmy krok.

 

Spojrzałem jeszcze raz. Punkt ten faktycznie zredagowany był fatalnie. Ten Tokarski to naprawdę kiepski prawnik. Zapis znaczył tyle, że terminem obowiązującym obydwie strony do zamknięcia rozmów na temat przejęcia ode mnie spółki jest koniec lutego. A jak się nie dogadamy do tego czasu to co? A jak nie będzie mi pasowała cena? A jak nie zdążą znaleźć spółki której miałbym sprzedać udziały?

Porozumienie wtedy wygaśnie bezapelacyjnie w całości. Moje uznanie wirtualnego długu stanie się więc także wirtualne. Czyli co najmniej problematyczne – zwłaszcza, że złożone pod przymusem i w wyniku przestępstwa Tokarskiego. Mam przecież taśmę. Co prawda trochę nie kompletną, bo część przypadkowo skasowałem, ale szantaż słychać aż nazbyt dobrze.

Albo zapłacą mi godziwie albo będę grał od marca na spokojniejszych zasadach.

Machnąłem więc ręką i podpisałem dokumenty bez słowa.

Wyszedłem z kancelarii bez pożegnania i uśmiechając się kwaśno pod nosem.

W tym tunelu było jednak światełko.

Teraz tylko przypilnować, żeby Sąd szybko zarejestrował w KRS Spółkę komandytową, by można niezwłocznie zacząć przyjmować hurtowo kierowców.

Jeśli tak ostro grają o spółkę z dwoma kierowcami to zobaczymy, jak zależeć im będzie, gdy kierowców będzie trzydziestu, sześćdziesięciu albo czterystu sześćdziesięciu.

Jak na ofiarę gróźb i szantażu humor już miałem całkiem dobry.

 

Za kilka dni jednak ten humorek skutecznie mi popsuto.

Dowiedziałem się, że wbrew ustaleniom, ta świnia Bielowicki wysłał do wszystkich pracowników i współpracowników Firmy Vos Logistics paszkwilanckiego e-maila, w którym opisał mnie jako złodzieja i oszusta. Żeby jeszcze podkręcić atmosferę.

Dodatkowo, zastraszonemu Zbyszkowi Knapikowi – ówczesnemu zaopatrzeniowcowi, wmówił osobiście (choć przy pomocy prawnika Tokarskiego), że musi spłacać zaległości finansowe swojego byłego szefa czyli moje (kuriozum, zwłaszcza, że szefem Zbyszka być przestałem już ponad rok wcześniej, gdy administrację i sekretariat przejął Docent). To taka sprytna intryga. Psująca krew wrogowi i skłócająca kolegów, a jednocześnie księgowa dupokrytka dla Prezesa i uzupełnienie brakujących w firmie finansów.

Skołowany Zbyszek tymczasem płakał i płacił za „okropnego” Parola.

Po chamsku, bezczelnie i licząc na bezkarność niszczono mi reputację.

Byłem wściekły!

Przegiąłeś niehonorowy gnoju – pomyślałem – nie będziesz miał ze mną żadnych, łatwych targów!

 

Rozdział 3

 

W następnym tygodniu w czwartek zadzwonił Romek Piątkowski z dobrymi wiadomościami.

- Spółkę mamy zarejestrowaną. Vos już też o tym wie. Umawiać notariusza na 24 lutego?

- Może być.

- Jak tam wasze sprawy?

- Jak gadałeś z Vosem to wiesz.

- No właśnie mam podobno niedługo zainicjować wam spotkanie na neutralnym gruncie.

- To ich goni termin nie mnie. Niech się pojawią przy pierwszej okazji. Pogadamy o warunkach.

 

Po odłożeniu słuchawki zanalizowałem tą krótką rozmowę.

Widać, że Romek się zaangażował. Liczy zatem na niezły kontrakt.

Z drugiej strony to dziwne, że nie szukają ze mną kontaktu. Czyżby Romek działał jako mediator? A może…negocjator?

Może planują spotkanie u notariusza? Tak czy inaczej, pojadę do Łodzi przyjmować nowych wspólników.

 

Niestety. Ku mojemu zdziwieniu we wtorek 24-tego nikogo z Vosa u notariusza nie było. Pojawił się tylko Piątkowski ze swoją księgową – Iloną Wilczyńską.

Wykluczyłem też od razu, że on dostał pełnomocnictwa do prowadzenia rozmów w imieniu Vos Logistics. Był człowiekiem znikąd. Znają go od 3 miesięcy i to słabo. Widać przegapią termin – ich wola.

Mimo, że z miejsca przystąpiliśmy do zmian umowy spółki i wpisywania trzydziestu nowych wspólników to i tak u notariusza zmarnowałem cały dzień.

Spotkaliśmy się o 11.00 (musiałem dojechać do Łodzi z Warszawy). Najpierw na warsztat wzięliśmy inne drobne zmiany. To zrobiliśmy względnie szybko i akt notarialny powstał. Potem Romuald Piątkowski ustalał z notariuszem Czarneckim (to jego kolega ze studiów więc nie poganiał) jak to powinien wyglądać tryb pracy nad drugim aktem notarialnym, w którym przyjmiemy aż 30 nowych wspólników kierowców. Piszę „przyjmiemy” bo to było walne zgromadzenie na którym ja reprezentowałem siebie, Ilona Wilczyńska miała pełnomocnictwa dwóch kierowców, którzy już w spółce byli, a Piątkowski reprezentował tych właśnie trzydziestu wstępujących komandytariuszy. Taki podział ról miał wykluczyć „krzaki” przy rejestracji nowych wspólników w KRS.

Następnie poszliśmy na drugą stronę ul. Piotrkowskiej do Kancelarii Adwokackiej Danuty Gordat, by na jej komputerze przygotować pełna listę wspólników, którą notariusz miał potem „wkleić” w Akt Notarialny. Trzeba było uzupełnić PESELe, adresy i uporządkować w kolejności załączniki. Koronkowa robota. Potem znów do notariusza, gdzie trzeba było poczekać aż załatwi innych klientów. O 14.30 Akt notarialny był już przez notariusza przygotowany. I wtedy pojawiły się schody.

Notariusz Czarnecki stwierdził, że ma jeszcze umówionych jednych interesentów i za cholerę nie da rady zweryfikować wpisanych danych kilkudziesięciu wspólników komandytariuszy z załączoną dokumentacją. Powstała więc propozycja, bym przyjechał jutro na podpisanie tego aktu notarialnego o zmianie umowy spółki.

Na to nie mogłem się zgodzić. Powiedziałem, że wolę zostać do godziny dziewiętnastej albo nawet dłużej gdyż jutrzejszy dzień mam zaplanowany, poumawiany i się nie wyrwę.

Ale Pan notariusz tyle siedzieć nie będzie – zakomunikowała kobieta z recepcji.

Radę znalazł Piątkowski.

- A co sądzisz Tomek o Czarku Włodarczyku?

- Porządny człowiek. A co masz na myśli?

- No, słyszałem, że z Czarkiem i jego żoną Leną jesteście dobrymi kolegami.

- To prawda, lubimy się i szanujemy.

- To, może zrób go pełnomocnikiem do przyjmowania nowych wspólników. Nie miałby żadnych innych uprawnień, a jest z Radomska jak ja i zna sprawę spółki komandytowej bo robi do niej rekrutację wśród kierowców. Jutro by przyjechał ze mną samochodem i załatwił sprawę za Ciebie, a Ty nie musiałbyś się fatygować z Warszawy.

- Wiesz, może to dobry pomysł. Przy przyjmowaniu następnych wspólników moglibyście też przyjechać razem. Ty jako pełnomocnik nowych a Czarek z moim bezterminowym upoważnieniem.

- To dzwonię do niego czy się zgodzi i po jego dane do pełnomocnictwa.

Romek zajął się telefonem a ja spytałem notariusza, czy chociaż zdąży zrobić pełnomocnictwo notarialne dla jednego nygusa. Okazało się, że tyle to może zrobić w naszej sprawie.

Za chwilę wszystko było uzgodnione. Czarek się zgodził i podał swoje namiary.

Romek szybko wygrzebał gdzieś na płytce CD wzór pełnomocnictwa, powpisywał nasze dane i dał mi do przejrzenia. Powykreślałem to wszystko do czego Czarka nie miałem zamiaru upoważniać.

- Wiesz – zaproponował Romek – możesz zostawić by miał prawo reprezentować Ciebie na tym walnym zgromadzeniu, które zwołamy jak już się dogadasz z Vosem co do warunków wystąpienia ze spółki i podpiszesz z nimi umowę o sprzedaży udziałów. Nie będziesz musiał później oglądać Vosiaków bo zmiany techniczne w samej umowie spółki załatwi za Ciebie Czarek.

Uznałem że to dobry pomysł.

Pełnomocnictwo notariusz odczytał a ja podpisałem. Romek miał je jutro przekazać Włodarczykowi.

Byłem trochę rozdrażniony zmarnowanym dniem. Jakbym wiedział, że nie przyjmę wspólników to w ogóle bym do Łodzi nie przyjeżdżał. Pełnomocnictwo Czarkowi mogłem raz dwa wystawić od razu w Warszawie i przesłać.

Gdy ta sprawa została załatwiona zebrałem się do wyjścia. Piątkowski obiecał, że o wszystkim co się dzieje w spółce będzie mnie informował telefonicznie i się pożegnaliśmy.

Nie doszedłem jeszcze do samochodu a Romek dzwoni.

- Tomek, czy później, jak przyjmiemy wszystkich kilkuset to będziesz otwierał konto bankowe w Radomsku?

- No raczej tak, jeśli tam będzie wciąż siedziba.

- To może wróć i napisz Czarkowi pełnomocnictwa do otwarcia rachunku bankowego?! Tak na wszelki wypadek, jakby była pilna potrzeba a Ty nie mógłbyś tego sam załatwić.

- Ok. Ale szybko bo muszę już wracać. Jestem głodny i zły.

Wróciłem się te dwa kroki do kancelarii notarialnej i machnąłem pełnomocnictwo odręcznie i na kolanie. – Takie musi mu wystarczyć.

Zrobiłem w tył zwrot i wróciłem do Warszawy.

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że stałem się ofiarą sprytnie pomyślanej intrygi z Piątkowskim i Włodarczykiem w roli narzędzi i Bielowickim w roli planisty.

Nie byłem idiotą. Włodarczykowi ufałem, ale też wiedziałem, że zarówno on jak jego żona i szwagierka pracują na bazie w Vosie. Dlatego dałem mu tylko prawo do zmiany umowy spółki w zakresie przyjmowania i występowania wspólników, w tym stawającego. Czyli tylko do jego udziału za mnie w Walnym Zgromadzeniu. Dodatek „w tym stawajacego” miał mnie zwolnić z konieczności jechania na Walne Zgromadzenie gdybym się dogadał na temat warunków sprzedaży moich udziałów i podpisał kontrakt z kupującym. Było to bezpieczne rozwiązanie, gdyż Włodarczyk nie dostał uprawnień do zawierania umowy sprzedaży moich udziałów ani do podpisywania innych kontraktów. A taka czynność, jako przekraczająca zwykły zarząd przedsiębiorstwem, zgodnie z Art. 98 Kodeksu Cywilnego – była możliwa do dokonania przez pełnomocnika tylko gdy miał pełnomocnictwo szczególne lub rodzajowe. Żadne ogólne zapisy nie dawały takiego prawa. To tak, jak się daje pełnomocnictwo adwokatowi do wszelkich koniecznych czynności faktycznych i prawnych by dokonać zmiany w księdze wieczystej naszego domu. Na takim .pełnomocnictwie adwokat na pewno nie może zawrzeć umowy z nabywcą i sprzedać naszego mieszkania (choć przecież sprzedaż by też skutkowała zmianą w księdze wieczystej).

Dlaczego o tym mówię?

By wyjaśnić, że prawnie czułem się bezpieczny i pomimo powiązania Włodarczyka z Vos miałem pewność, że Bielowicki będzie musiał pchnąć umyślnego do mnie z jakąś propozycją.

A póki co Włodarczyk i Piątkowski niech się spisują a spółka się rozrasta.

Jednak, do końca lutego nikt z Vosa się ze mną nie próbował skontaktować. Ich problem. Wszak 25 lutego, tak jak ustaliliśmy, moja spółka INTER CAR PAROL urosła do trzydziestukilku wspólników-kierowców. A razem z nią urosłem w siłę i Ja. Spodziewałem się, że niebawem przybędzie wspólników setka albo nawet dwie. Wtedy czasy nierównych sił się skończą. Mmm…negocjacje z Vos Logistics zapowiadały się arcyciekawie.

Tyle, że to była tylko, moja mylna ocena sytuacji. Rzeczywistość wyglądała inaczej, gdyż Bielowicki uznał, że załatwi sprawę po swojemu, w konspiracji i bez potrzeby jakichś negocjacji z Parolem. Zaczął się marzec 2004 r.

 

 

 

Powiadają „w Marcu – jak w garncu”.

W tym wypadku, ku mojemu zaskoczeniu, czekał mnie garniec pieniędzy na drugą część mojego projektu tj. na Fundację.

A było to tak:

 

Na początku kwietnia przyszedł do mnie dokument do podpisu, ważny dokument, sygnowany właśnie datą marcową. Mianowicie, przysłano mi porozumienie z dnia 25 marca 2004 r. podpisane przez Bielowickiego, a będące – uwaga! – gwarancją Vosa, na poważną siedmiocyfrową sumę, dotyczącą sfinansowania powołania przeze mnie fundacji pomocy kierowcom.

W mojej ocenie Vos na reszcie poszedł po rozum do głowy. Znaczyło to, iż cały projekt jest nadal akceptowany przez firmę. Świat zaczął znów być piękny.

Zadzwoniłem do Artura Parola.

-Przyjeżdżaj kuzynku, mam dla Ciebie propozycję.

 

Gdy się pojawił od razu wyłuszczyłem mu o co chodzi:

- Trzeba powołać fundację pomocy kierowcom, która zagwarantuje socjal wspólnikom i utrzymanie Vosowi składu kierowców bez niepotrzebnych rotacji i odpływu za granicę.

- A w czym ja mogę Ci tu pomóc Tomek?

- Tylko Tobie ufam na tyle bym spokojnie mógł powierzyć przygotowanie projektu i zorganizowanie zarządu. Jesteś bystry, inteligentny, przedsiębiorczy i uczciwy. A mówimy o bardzo dużej sprawie za bardzo duże pieniądze.

I przedstawiłem mu ideę całego przedsięwzięcia.

Artur zrobił naprawdę zdziwioną minę, ale po oczach poznałam, że jak to on, zaczyna analizować temat.

- Pokaż mi tą gwarancję.

Pokazałem

- A jak Vos ją wycofa? Widziałem jak już raz Ciebie załatwili.

- Nie zrobią tego, bo po co by dawali. Zależy im na spółce komandytowej lub na współpracy ze spółką. To koniec wojny.

- Hmm. Musi im naprawdę cholernie zależeć jeżeli ten Bielowicki schował animozje do kieszeni i podpisał takie porozumienie.

- Może to naciski holenderskich właścicieli wywołały taki skutek. 460 ciężarówek zakupili, za parę miesięcy będą zabudowane i gotowe do obsadzenia a już od 1 Maja jesteśmy w Unii Europejskiej. Cały transport się otwiera. Poza tym wszyscy gadają, że unia zrobi blokadę na samozatrudnienie. Jak we Francji. W grę wchodzi też mały i duży kabotaż. Jeśli Holendrzy mają wizję, to Ci tu w Polsce po prostu robią co się im każe. Ku mojemu zadowoleniu.

- O co chodzi z tymi kabotażami?

- Oj to proste. Kabotaż to inaczej możliwość realizowania innych zleceń transportowych bez obowiązku zjazdu do bazy, czyli kraju załadunku. Inaczej mówiąc, przewóz kabotażowy jest to przewóz wykonywany pojazdem samochodowym zarejestrowanym za granicą lub przez przedsiębiorcę zagranicznego między dwoma miejscami położonymi na terytorium danego państwa.  Ale rzecz dotyczy też Unii jako całości. Kiedyś można było tylko pojechać z ładunkiem z Polski do jakiegoś kraju UE. A po rozładowaniu podjechać po ładunek do Polski. Czyli miała prawo tylko do kółeczka: Polska – kraj UE, Kraj UE – Polska. Duży kabotaż to kilka załadunków w UE  ale każdy w innym Państwie. Np.: Polska-Francja, Francja-Niemcy, Niemcy-Polska. Mały kabotaż to możliwość dowolnego ładowania i rozładowywania w UE i w każdym kraju UE bez konieczności zjazdu do Polski. Np.: Warszawa-Hamburg, Hamburg-Londyn, Londyn-Bristol, Bristol-Dover, Dover-Hamburg, Hamburg-Berlin itd. Na mały kabotaż jest wprawdzie przewidziana karencja 3 letnia ale można ją obejść, na przykład rejestrując samochody za granicą. Tworzy to wielkie możliwości. Do tego jest potrzebny dobrze zorganizowany zespół kierowców, którzy zadowoleni z wynagrodzeń będą profesjonalnie wykonywać zwoje zadanie podnosząc jakość i generować oszczędności na stałości kadry i pozyskiwaniu pracowników o najwyższej klasie. A to wszystko można zapewnić dzięki wysokim standardom opieki socjalnej nad kierowcami i ich rodzinami. Weź pod uwagę, że ci ludzie prawie na miesiąc zostawiają żony z dzieciakami i muszą mieć pewność, że kiedy ich nie ma, ktoś o finansowe bezpieczeństwo ich rodzin zadba. Wiem jak to jest. Sam dość rzadko widuję się z synem i taka rozłąka ciąży jak jasna cholera.

To świetny sposób przywiązania do siebie najlepszych i nie wiązania sobie rąk w stosunku do najgorszych.

Artur zasępił się.

- Jest jeden szkopuł. Ja mam swoją własną firmę i nie mogę jej zaniedbać by mieć z czego żyć. Muszę też dostać jakąś gwarancję, że mój wysiłek i wysiłek innych ludzi nie pójdzie na marne. Poza tym uprzedzam Cię Tomek lojalnie, że nie interesuje mnie żadna marionetkowa działalność tylko po to aby jakaś firma mogła się chwalić własną fundacją. Coś czuję, że nie zawsze interesy podopiecznych fundacji – kierowców będą szły w parze z naszym źródłem finansowania – ich pracodawcą. Ale pomysł świetny i chyba ma więcej zalet niż wad. Muszę się zastanowić.

- Jasne Artur, bardzo słusznie. Przemyśl wszystko i podpiszemy oficjalną umowę przedwstępną, w której ustalimy założenia naszej współpracy. Przygotuję projekt w ciągu paru dni.

 

15 kwietnia 2004 r. umowa przedwstępna została podpisana a Artur wziął się do pracy.

Najpierw poznałem go z Renatą, która miała doświadczenie w zarządzaniu organizacjami pozarządowymi (zrzeszenia, izby gospodarcze) w branży transportowej i rozglądała się właśnie za nową pracą. Artur bez zastrzeżeń zaaprobował jej kandydaturę na prezesa przyszłej fundacji.

Wszystko szło niesamowicie gładko. Ekipa pracowała nad szczegółami projektu powołania fundacji a ja obserwowałem z zadowoleniem jak moja spółka komandytowa rośnie o kolejnych komandytariuszy-kierowców. Wprawdzie trwało to wolniej niż zakładałem na początku, ale to tylko z winy ograniczonego systemu komputerowego w KRS który, podobno, nie może zarejestrować jednorazowo więcej niż 72 wspólników. Byłem za to nareszcie pewny, że Vos już się z tego projektu nie wycofa. Gdy będzie wspólników ok. 460, by obsadzić nowe ciężarówki, podpiszemy kontrakt z Vosem o usługę kierowania pojazdami i rozpoczniemy działalność gospodarczą. Przed skarbówką i całym światem. No chyba, że mnie Vosiaki finansowo przekonają bym taką spółkę i jej know-how sprzedał. Mogę spokojnie to zrobić i skoncentrować się na fundacji. To tylko kwestia ceny. Czułem, że sukces życiowy jest w zasięgu ręki. Zaczynał się Maj.

 

Nie wiedziałem jednak, że kilka dni wcześniej, 26 kwietnia 2004 w wąskim gronie w siedzibie Vos Logistics Polska przy ul. Radziwie 13 w Warszawie i w wielkiej konspiracji przed głównym zainteresowanym, owa spółka komandytowa została mi UKRADZIONA!

 

 

 

To wąskie grono tworzyli: Grzegorz Bielowicki, Cezary Włodarczyk, Jacek Tokarski, Romuald Piątkowski i Pani Irena Barbara Majorowicz… hmm.. – Notariusz z Warszawy.

 

Dopiero ponad 8 miesięcy później dotarło do mnie, że nie mam już spółki.

A ponad rok później – dowiedziałem się jak TO zrobili.

 

 

Rozdział 4

 

Maj 2004.

Nie zajmowałem się w tym miesiącu spółką komandytową. Kierowcy byli sukcesywnie przyjmowani przez Piątkowskiego wespół z Włodarczykiem. Proces rejestracji takiej ilości nowych wspólników w Krajowym Rejestrze Sądowym obliczałem wtedy na wiele miesięcy, a wiedziałem, że bez ujawnienia ich w Rejestrze spółka, zgodnie z prawem (art. 14,17,18 ustawy o KRS), ruszyć nie może. Do tego zaraz dojdzie senna dla sądownictwa przerwa wakacyjna. Słowem, oceniałem że tych 460 komandytariuszy zarejestrujemy gdzieś około października lub listopada. Uzbrajałem się więc w cierpliwość i zajmowałem innymi sprawami. Wziąłem udział w serii szkoleń dotyczących działalności non-profit (m.in. kapitalny 3 dniowy wyjazd do Sielpi) oraz imprezom plenerowym na temat bezpieczeństwa drogowego organizowanym przez moją Środkowopolską Fundację Pomocy Ofiarom Wypadków Komunikacyjnych. Znakomicie udał się festyn w Łowiczu. Odwiedził nas wtedy nawet Wojtek Olejniczak, ówczesny Minister Rolnictwa i późniejszy „telewizyjny” przewodniczący SLD. Te rodzinne „regaty na liściach sałaty” pochłonęły nas w tym miesiącu bez reszty.

Tymczasem w bólach krystalizowała się dużo potężniejsza organizacja i o precyzyjniejszym charakterze. Nie było dla mnie zaskoczeniem, że Artur budując projekt wykazał szczyt profesjonalizmu a Renia (jak to Renia) włożyła w niego serce i duszę.

Na przełomie maja i czerwca był gotowy swoisty biznesplan organizacji społecznej o nazwie Fundacja „TRUCKER”, zawierający wzór statutu, struktury, szczegółowe cele i sposoby ich realizacji, wzory dokumentów korporacyjnych oraz harmonogramy rekrutacji kadry wolontariuszy i właściwego wykorzystania środków statutowych. Zrobiliśmy jeszcze jedną burzę mózgów i po niej, za kilka dni, miałem powołać aktem fundacyjnym tą organizację do życia. Niestety, w międzyczasie humor mi popsuł niezawodny Tokarski.

Będąc na zjeździe rodzinnym po Dniu Matki siostra wręczyła mi nienaruszoną kopertę.

- To do Ciebie Tomek. Odebrałam jakiś czas temu z poczty i zapomniałam Ci powiedzieć.

- szkoda, że zrobiłaś to bez upoważnienia. Trudno. To z Vosa. Może zaległe świadectwo pracy. Otworzymy komisyjnie.

Niestety, nie było to świadectwo pracy ale podpisane przez Mec. Tokarskiego przesądowe wezwanie do zapłaty tych „wirtualnych” 50-ciu tysięcy.

Zgłupiałem.

Co jest grane? Wzywać mnie w takiej sytuacji?

Tokarski sam się wygłupił czy coś kombinują? A może właśnie w ten sposób  zaczynają się rozmowy?

Myślałem o tym pół nocy. Wreszcie postanowiłem poradzić się znajomych prawników.

Po kilku godzinach rozmów z różnymi osobami, ktoś rzucił celną uwagę: „Dałeś Włodarczykowi pełnomocnictwo do przyjmowania nowych wspólników. A co jeśli zamiast komandytariuszy Włodarczyk przyjmie kilku nowych komplementariuszy? Nie będziesz już jedyny do reprezentacji Spółki i podpisywania kontraktów w jej imieniu. W kilku, i z pomocą Vosa odsuną Cię na margines. Utracisz wszelką kontrolę nad INTER CAR PAROL i nikt nie będzie prowadził z Tobą żadnych negocjacji.”

Bardzo się zdenerwowałem.

Faktycznie. Treść pełnomocnictwa na to pozwalała. No kurwa mać! Trzeba działać.

Siła mojej pozycji negocjacyjnej nie polega na tym, że jestem komplementariuszem INTER CAR ale na tym, że jestem JEDYNYM komplementariuszem.

Byłem na siebie zły, że tego nie przewidziałem. To porażka lub o krok od porażki. Uśpiłem swoją czujność. Potrzebny mi był kop. Na coś ten cymbał Tokarski jednak się przydaje.

Trzeba jak najszybciej odwołać upoważnienie dla Cezarego Włodarczyka i migiem poinformować o tym zarówno jego jak i Vosa.

Niestety. Zaraz się okazało, że najwcześniej mogę umówić notariusza na 8-mego czerwca, czyli dopiero za kilka dni. Poleciałem po odpis KRS. Uff, wszystko w porządku. W spółce nic złego się nie działo.

Tymczasem postanowiłem odwrócić uwagę Vosa od takiej możliwości wysyłając do Prokurenta Vosa wezwanie do wydania świadectwa pracy. Niech się zajmą duperelami, zanim skutecznie cofnę to cholerne pełnomocnictwo.

 

Kilka dni później sprawa była wyprostowana. Oprócz aktu notarialnego o cofnięciu upoważnienia podpisałem decyzję finansową dotyczącą wydesygnowania środków z INTER CAR PAROL na działalność Fundacji „Trucker” co było tylko technicznym przelewem funduszy, które Vos obiecał wypłacić w formie przedpłat. Do tego dołączyłem pisma przewodnie z opisem sytuacji, stanem zaawansowania projektu fundacyjnego i swoistym zaproszeniem do rozmów ze mną jako jedynym reprezentantem spółki komandytowej. Tak przygotowany komplet informacyjny o odwołaniu Czarka Włodarczyka wysłałem poleconym do mojego byłego pełnomocnika i do Jerzego Juszkiewicza Prokurenta Vos Logistics. Jakoś tak się porobiło, że podświadomie wybrałem sobie akurat tego, najbardziej neutralnego człowieka, jako adresata mojej wszelkiej korespondencji. Animozje i antypatie jednak dalej dawały o sobie znać.

Dopiero na drugi dzień zacząłem się uspokajać. Mam w spółce już 200 kierowców i trzymam wszystkie sznurki. Nowych wspólników przyjmę kiedy zechcę i zarejestruję kiedy zechcę. Mogę tupnąc nogą i zadbać o siebie oraz dla kierowców. Zrobić coś szlachetnego.

Tymczasem Vos będzie miał za kilka miesięcy prawie pięćset nowych Tirów gotowych do drogi i cholerne ciśnienie by te zestawy obsadzić i wysłać do klientów. Znów mogę dyktować warunki.

Spodziewałem się co teraz będzie u moich przeciwników. Narady, prawnicy, wzajemne pretensje… Aż w końcu ktoś się przełamie (bo musi) i skontaktuje ze mną, by rozpocząć negocjacje w sprawie odkupienia ode mnie spółki komandytowej lub w sprawie warunków kontraktu na usługę kierowania pojazdami.

Miesiąc później, około połowy lipca zadzwonił do mnie Piątkowski bym pomógł osobistą interwencją – najlepiej wystawiając bezpośrednie pełnomocnictwo „in blanco” na Danutę Gordat – w sądowej rejestracji zgłoszonych teraz wspólników, przyjętych 1 kwietnia.

Prawidłowo.

Znaczy, że Włodarczyk i reszta otrzymali odwołanie pełnomocnictwa i przyjęli je do wiadomości.

Rozbawiła mnie przy tym, nonsensowna w tej sytuacji, propozycja wystawiania komukolwiek pełnomocnictwa bez jego wypełniania.

Swoją drogą. Dopiero w lipcu Sąd zaczął rozpatrywać wniosek dotyczący kierowców przyjętych na początku kwietnia?! A kiedy rejestracja?! Opóźnienie jest zatem znaczne.

Trzeba to sprawdzić.

Byłem wtedy na urlopie w Sopocie (wspaniała pogoda, fale i rybki smażone) mogłem więc jedynie wykonać telefon do Sądu Rejestrowego w Łodzi i spróbować dowiedzieć się czegoś od Pani z kancelarii. Nie było to łatwe. Opór machiny biurokratycznej straszny. W końcu potwierdziła – wniosek dotyczący wpisu kierowców przyjętych 1 kwietnia leży nierozpatrzony bo nie złożony przez osobę właściwie upoważnioną.

Wszystko się zgadzało, bo jedyna teraz osobą upoważnioną i zdolną do udzielania upoważnień jestem Ja. Hehe!

Jeśli Mec. Danuta Gordat chętna jest teraz do prowadzenia tej sprawy to niech ją prowadzi. Ja takiego szczegółowego pełnomocnictwa, do tej sprawy, mogę jej udzielić! Ale.. po urlopie;-))

Telefonicznie przekazałem tej Pani Mecenas moją negatywną opinię na temat udzielania jej pełnomocnictwa „in blanco” i kazałem cierpliwie czekać na pocztę ode mnie.

I od tej pory takie miały być porządki. Konkretna sprawa – konkretne pełnomocnictwo lub potwierdzenie udzielenia pełnomocnictwa. No chyba, że Sąd nie będzie tak się więcej czepiał.

Po powrocie z Sopotu dokument napisałem, podpisałem i wysłałem poleconym adwokatce z Łodzi.

Do września nastała cisza.

To znów mnie zaniepokoiło więc przekręciłem do Piątkowskiego.

- Jak sprawy?

- Witaj Tomku, bardzo dobrze. Nie dzwoniłem, bo znów się przedłuża w KRS i mamy poślizg w rejestracjach tych już dawno przyjętych. Ale nie ma obawy, dajemy sobie radę. Możesz spać spokojnie i czekać aż będzie komplet.

- Vos jeszcze się do mnie nie zgłosił. Dziwne. Nie chcą rozmawiać?

- Nic nie wiem na ten temat, tyle tylko, że mają swoje problemy bo Prezes się zmienia.

- TAAK? – nadstawiłem ucha – A kto ma zostać?

- Nic więcej nie wiem.                                                                                        

- To dzięki, będziemy w kontakcie.

To była dobra wiadomość. Bielowicki odchodzi. Odpadnie więc emocjonalny problem w prowadzeniu wspólnego biznesu. Nie sztuka gwarancję uzyskać, sztuka wyegzekwować.

Artur też się ucieszy. Może raczej bez obaw rozwijać działalność naszej Fundacji.

 

 

Właśnie.

FUNDACJA!

 

Od maja wiele się zmieniło.

Na podstawie projektu Artura Fundacja Trucker została powołana do życia aktem notarialnym w dniu … czerwca.

Prezesem została mianowana była Szefowa Biura Zarządu Izby Gospodarczej z branży logistycznej, która będzie odpowiadać za funkcjonowanie tej organizacji pozarządowej i realizację celów statutowych.

Artur jako I Wiceprezes ma się zajmować zagadnieniami technicznymi, pilnować finansów i pomagać mi w koordynacji działań ze spółką komandytową i firmami transportowymi.

O szefowanie księgowości zamierzałem poprosić Agnieszkę Piekarniak, najlepszą i najbardziej błyskotliwą księgową jaką znałem. Nie wyszło. Los jednak niestety zrobił mi psikusa.

Do kierowania sprawami sfinansowania projektów pomocowych z Unii Europejskiej przewidywałem mojego ówczesnego bliskiego kumpla Tomka Firczyka.

Do tego już podjęliśmy rozmowy z osobami, które będą pracować przy tych projektach.

Problem był w tym, że naszą politykę personalna musiałem przeprowadzić z pewna dyskrecją i delikatnością. Tomek Firczyk był zdolnym finansistą w Vosie a Agnieszka byłą księgową w tej firmie, wdrożeniowcem i dziewczyną Docenta. Zanim im coś zaproponuję, muszę albo mieć pewność, że nie będzie konfliktu interesów albo mieć żywą gotówkę na ich wynagrodzenie.

Co prawda, finanse na działalność Fundacji przekaże Spółka komandytowa, ale rzecz jasna dopiero jak już fundacja zostanie zarejestrowana.

A na początku środki będą przekazane w formie weksla, czeku lub innego papieru wartościowego. Zdolność działania będzie bowiem potrzebna już od razu, a gotówkę dopiero trzeba będzie wypracować. Tą kwadraturę koła musiałem jakoś rozwiązać. Zresztą, pewne dyskretne zabezpieczenia na rzecz powodzenia całości projektu, już wcześniej przedsięwziąłem.

Fundację trzeba zatem zarejestrować jak najszybciej, by była już odpowiednio rozkręcona i stała „w cuglach” gdy Spółka komandytowa nareszcie rozpocznie funkcjonować. Z założenia, każdy kierowca-wspólnik i jego rodzina, będą podopiecznymi i beneficjentami Fundacji, a także mogą się włączyć do jej pracy jako wolontariusze.

 

Po pewnym zamieszaniu personalnym związanym z obsadą władz Fundacji (o czym później) mieliśmy gotowe dokumenty do rejestracji podmiotu w sądzie.

Wniosek zgłoszeniowy poszedł do KRSu w Warszawie jeszcze w czerwcu. Na lipiec przewidziałem wakacje dla całej ekipy, by nabrali „poweru” bo nie wiadomo kiedy znowu będą mieli czas dla siebie. Praca szykowała się tytaniczna, gdyż dotyczyć miała obsługi ponad 1000 osób.

Biuro póki co zorganizowane zostało “ad hoc”, gościnnie, w siedzibie Fundacji komunikacyjnej.

11 sierpnia, nie bez problemów, KRS zarejestrował Fundację TRUCKER. Było to mistrzostwo świata w szybkości, gdyż osoby nie wprawne zazwyczaj musiały czekać na rejestrację fundacji od 6-ciu miesięcy do 1 roku. Ale ja już miałem za sobą doświadczenie w powoływaniu lub pomaganiu w rejestracji czterech innych tego typu organizacji. Praktyka czyni mistrza. Mistrz błędów nie popełnia. A jak popełni to nieistotne.

Już 12 sierpnia podpisałem z TRUCKEREM w imieniu Inter Car Parol umowę sponsoringu i przekazałem wekslem siedmiocyfrową kwotę. Moim zdaniem umowa by wystarczyła ale gadaliśmy wcześniej o wekslu i Artur się uparł. Było przy tym trochę zamieszania, bo ze względu na wagę sprawy Artur poradził się jakiejś znajomej kancelarii prawnej i wymógł na mnie jeszcze dostarczenie kompletu dokumentów INTER CAR PAROL i gwarancji Vosa. Sam zadbał o aktualny wypis Komandytowej z KRS. Wszystko musiało być załatwione na tip-top. Licho nie śpi. Według mnie po podpisaniu umowy i wypisaniu weksla już nic złego nie mogło się stać.

By jednak wszelka korespondencja w tej sprawie trafiała do mnie, Komplementariusza, z pominięciem formalnego i niepewnego adresu w Radomsku, ustaliliśmy, że założę na spółkę komandytową skrytkę pocztową w Warszawie.

O sporych kwotach trzeba rozmawiać dyskretnie.

Kwota wydawała się spora ale stanowiła i tak połowę tego co obiecał Vos, a miała sfinansować opiekę przez pięć lat nad poważną rzeszą ludzi. Spółka miała ruszyć przed końcem roku i wtedy też weksel powinien zostać przez Spółkę wykupiony.

Na wszelki jednak wypadek ostateczny termin wykupu weksla ustaliliśmy na 4 maja 2005 r..

Nie było wiec siły żeby się nie udało. Spółka już wtedy powinna być w rozkwicie. W takiej sytuacji i przy ciągłej współpracy z tak wielką korporacją transportową jak Vos, środki na socjal dla kierowców nie będą problemem. Zaplanowane przez zarząd Fundacji inwestycje, były gruntownie przemyślane i nie mogły zawieść:

KASA ZAPOMOGOWO-POŻYCZKOWA DLA KIEROWCÓW, ratunek w sytuacjach losowych.

SFINANSOWANIE KAŻDEMU KIEROWCY WRAZ Z RODZINĄ, CO NAJMNIEJ 2 TYGODNI URLOPU W ROKU (możliwe, że da się połączyć z nauką języków). Tym ludziom przecież najbardziej dokucza problem ciągłej rozłąki. Jest już nawet na oku miejsce pod ośrodek wczasowy i na organizowanie nieodpłatnych szkoleń.

A UBEZPIECZENIA? Jedno z Towarzystw prawie ugadane na pakiet specjalny.

OBSŁUGA PRAWNA I KONSULTACYJNA DOTYCZĄCA ZDARZEŃ ZA GRANICĄ.

To były najważniejsze.

A ilu osobom do obsługi projektów uda się już na początku dać zatrudnienie.

Z resztą, projektów w różnych fazach realizacji było naprawdę dużo. Niektóre tak oczywiste, że aż dziw, iż do tej pory nie powstała podobna do naszej organizacja w tej branży. Okazało się, że wiele problemów kierowców można rozwiązywać dosłownie dobrymi chęciami.

Z czasem, Fundacja miała zacząć zarabiać na siebie świadcząc usługi rekrutacji, weryfikacji i szkoleń, a także pozyskując środki pomocowe z Unii Europejskiej.

A wiadomo także było, że wolontariusze mogą mieć równie dobre pomysły.

Nie spaliśmy po nocach pracując i ciesząc się na to wszystko.

Jak dobrze to zorganizujemy, to nie tylko nie będzie niechcianej rotacji i ucieczek kierowców na zachód, ale Spółka będzie mogła wybierać wśród masy chętnych.

Obrót Spółki komandytowej przewidywałem za rok na 6-7 mln zł. miesięcznie, więc i z tej strony nie miałem obaw o środki. Nic złego się nie mogło stać. Vos inwestując w przedpłaty kierowcom pomoże a sam zarobi majątek.

Czas pokazał jak bardzo się myliłem zakładając racjonalność i uczciwość działania.

 

 

I jesteśmy znowu we wrześniu 2004.

Przeprowadziłem wspomnianą rozmowę telefoniczną z Romkiem Piątkowskim na temat nowego prezesa i byłem jeszcze lepszej myśli na przyszłość.

Pisałem więc założenia projektów, wykorzystywałem maksymalnie Trust Mózgów i uporządkowywałem dokumentację. Gdy dodać do tego szereg uroczystości związanych z przekazywaniem strażakom sprzętu ratownictwa drogowego przez Fundację komunikacyjną (kapitalna uroczystość na Rynku w Kazimierzu Dolnym n/Wisłą) to miałem wyjątkowo pracowitą końcówkę lata. W ramach porządkowania dokumentacji Artur wymógł na mnie dokonanie dla Fundacji poświadczenia notarialnego gwarancji Vosowskiej z 25 marca 2004.

- Nie gniewaj się, ale jesteś zbyt wielkim bałaganiarzem. Na biurku masz wciąż syf a ja wolałbym się zabezpieczyć na wypadek, gdyby ten kwit ci się gdzieś zapodział, albo trafił przez pomyłkę do kosza. Poza tym, mówiąc poważnie, wolę mieć możliwość legitymowania się tym dokumentem w trakcie prowadzenia rozmów, zamiast wekslem. Ta kwota robi zbyt wielkie wrażenie i kusi. A ja nie chciałbym by mi ktoś łeb odstrzelił. Wolę świecić w oczy pieczątką notariusza.

- Nie ma sprawy kuzynku, to zrozumiałe.

Trzeba dbać o wiarygodność w biznesie, bo to przynosi tylko profity.

Teraz tylko należało się wywiedzieć kto zastąpi Bielowickiego na stołku Prezesa Vos Logistics Polska. Słowem, z kim będę w przyszłości prowadził trudne rozmowy handlowe.

Postanowiłem sprawę wybadać u moich znajomych, którzy tam jeszcze pracują.

Wielu ich już nie miałem, bo trzy miesiące wcześniej, dwóch z nich próbowało przejąć kasę Fundacji komunikacyjnej, doszło do awantury i musiałem chłopakom podziękować nagle za współpracę. Przyjaźń prysła w nicość. Szkoda, że dostęp do pieniędzy potrafi tak ogłupić nawet fajnych ludzi.

Zostało jednak jeszcze kilku starych znajomych.

Rozmawiając właśnie z jednym z nich, aż krzyknąłem z radości. Już oficjalnie ogłoszono, że nowym Prezesem ma zostać Tadzio Gruba, mój dobry kolega, który mnie namówił do nauki jazdy na nartach („Tomek to jest lepsze od seksu”) i który wisi mi przysługę za pomoc prawną w prywatnych sprawach. Tadzio był jedną z tych sympatycznych osób, które w czasie lutowego konfliktu z Bielowickim trzymały skrycie moją stronę. Dzwonił wtedy podtrzymać mnie na duchu („Wierzę Ci Tomek. Mnie też wrobił Grzesiek w niezły kanał, bo kazał mi wysyłać kierowców i pracowników warsztatu do centrali w Holandii do pracy, ale nie powiedział, że to praca na czarno. Byłem o krok od wielkich kłopotów.”).

Byłem bardzo zadowolony z takiego obrotu sprawy.

Super! Palec boży czuwa i kontrakt widać będę podpisywał nie tylko z nowym ale i zaprzyjaźnionym ze mną Prezesem. Złożyłem Tadziowi gratulacje sms-em. Odpisał wesoło: „Dzięki Tomek. Ależ Ty masz szybkie informacje. NKWD czuwa ;-) )”.

 

Dałem znać o tych  świetnych wiadomościach Arturowi. Wdrażał się szybko w temat i pod jego ręką sprawy fundacyjne zaszły już bardzo daleko. Zbliżał się czas, kiedy powinien wystartować mój projekt w całości. Lecz do tej pory, Artur miał wyraźne obawy, czy z przyczyn personalnych te rozmowy nie okażą się bardzo trudne. Teraz ten problem przestał mieć znaczenie. Wprawdzie z październikowego wypisu z KRS wynikało, że przyjmowanie wspólników ugrzęzło na trzy miesiące i straciło impet, ale pocieszające było to, że i tak do grudnia będzie już 460 kierowców oraz doskonale przygotowane organizacje. Od grudnia natomiast rozpocznę z Vosem rozmowy o kontrakcie. A Vosem Polska będzie już wtedy rządził Tadzio.

Blog na WordPress.com.