Moja walka z mafią transportową Vos Logitics

wrzesień 26, 2006

3

Zaszufladkowany do: Uncategorized — tomek1 @ 10:14 am

Rozdział 5

 

Własny biznes to świetna sprawa, ale pod warunkiem, że idzie, że masz klientów na swój produkt. Prowadzenie fundacji jest jeszcze trudniejsze, bo musisz znaleźć ludzi o złotych sercach i źródła finansowania. Prowadzenie jednego i drugiego, a na dodatek według autorskiego projektu to rzadkość. A jeszcze większą rzadkością jest uzyskać sukces w takim systemie. Ja byłem bardzo szczęśliwy ponieważ, byłem skazany na sukces. Sielankowy nastrój burzyła tylko przewidywana konieczność prowadzenia trudnej gry biznesowej w warunkach ostrego konfliktu z Prezesem Vos Logistics Polska. Teraz to miało się zmienić, więc warto było się wyciszyć, uspokoić i dać potoczyć sprawom zgodnie z ich własnym rytmem. Miałem spokojną głowę. Zacząłem bywać częściej w domu z moją Betty, widywać się częściej z synem i w ogóle uśmiechać się. Nawet, w ramach terapii odstresowującej, pojechałem z przyjaciółmi na kilkudniową wycieczkę do Nałęczowa. Było to na zaproszenie strażaków, którzy wdzięczni byli za kupienie sprzętu ratowniczego przez Fundację komunikacyjna. Spa w pełnym zakresie. Basen, leżenie w glince greckiej i hydromasaże. Do tego wycieczka do Kazimierza Dolnego połączona z szaleństwem gazikiem po wąwozach korzennych. O zwiedzaniu zamków i pałaców nie wspomnę. W taki sposób i przy takich perspektywach pracuje się naprawdę z przyjemnością. Sielankowo i spokojnie minęła jesień 2004. Przy tym gonitwa myśli: „jeśli zapewnimy kierowcom podobne spędzanie czasu wolnego, to który od nas odejdzie?”

 

Niestety, pod koniec grudnia wszystko miało się nagle i radykalnie zmienić.

Bardzo przeżyłem awanturę ze stycznia i lutego. Głowa mi niemal spuchła od czerwcowego rozczarowania Docentem i Firczykiem w fundacji komunikacyjnej. Długo nie mogłem ich wtajemniczać w sprawy TRUCKERA i rozgrywek z Vosem. Pracowali tam wtedy, a nie chciałem ich narażać na intrygi i utratę tamtej pracy, nim się dogadam wiążąco na temat kontraktu z komandytową. Niestety moją skrytość i aktywność poza fundacją komunikacyjną odczytali chyba opatrznie. Zanim zdążyliśmy porozmawiać, chłopaki wypowiedzieli niszczącą wojnę o fundusze statutowe. Nagle było wiele emocji i krzywdzących słów. Odeszli z Fundacji komunikacyjnej urażeni i sami obrażając. Wielki zawód i koniec wieloletnich przyjaźni. Najgorsze, że moje plany rekrutacyjne dały też wtedy w łeb, a nie miałem ani innego finansisty na oku (zwłaszcza o takiej klasie), ani drugiej tak świetnej zaufanej księgowej. Na pomysły Docenta (którymi sypał zawsze jak z rękawa) i nocne z nim rozmowy, także liczyłem. Nie udało się. Pod tym jednym względem, lato było przykrą porażką. Nich to jasna cholera!

 

Za to jesień mnie uspokoiła i dała nadzieję.

Początek zimy natomiast, zamiast pokoju i spokoju bożonarodzeniowego przyniósł WOJNĘ! Na początku była to wojna obronna przed szajką złodziei i oszustów.

Ta wojna trwa do dziś! Wojna z korporacją Vos Logistics. Która z czasem, ze względu na podejmowane środki, wykryte przestępstwa na dziesiątki milionów złotych, szkody i krzywdę kilku tysięcy osób – przekształciła się w WOJNĘ z MAFIĄ TRANSPORTOWĄ.

 

 

26 grudnia są moje urodziny. To święto, choć w cieniu drugiego dnia Bożego Narodzenia, zawsze to było dla mnie o wiele ważniejsze od dyktowanych przez kalendarz imienin (powołanych dla dzieci, ze względu na dodatkową okazję do prezentów i dla dam, którym przykro się przyznawać do swojego wieku).

Ta data, którą przeklinałem w szczeniackich latach (jeden prezent gwiazdkowo-urodzinowy) miała jednak swoje zalety. Na urodziny zawsze miałem gości lub byłem w gościach. Gwarancja obchodów uroczystych i tłumnych.

26 grudnia 2004 r. skończyłem 35 lat. Jubileusz dosyć okrągły dlatego przyjechał Artur ze swoją narzeczoną. Przywiózł też ze sobą kilka dokumentów, bo mieliśmy wykorzystać okazję i omówić w kącie krótko nasze sprawy.

Artur przytargał także, pełny wypis KRS Spółki Inter Car Parol, który wziął w sądzie kilka dni wcześniej. Artur swoim zwyczajem, niezależnie obserwował proces przyjmowania wspólników, by w odpowiednim momencie przycisnąć mnie do rozpoczęcia negocjacji. „Przytargał” to dobre słowo, bo wypis KRS zawierający już kilkuset wspólników (w spółce osobowej musi zostać wymieniony każdy z imienia i nazwiska) to księga o grubości i ciężarze ryzy papieru. Na początku przeglądałem tą cegłę bardzo podniecony. Kierowców było już zarejestrowanych tylu ile trzeba! Niestety, gdy dobrnąłem do końca dokumentu doznałem szoku. Normalnie zdębiałem.

- A to kurwa co?!

- No właśnie – powiedział Artur – miałem się Ciebie zapytać co to jest za 8-ka przy Twoim nazwisku.

- Sęk w tym, że w tym miejscu, w tej rubryce, przy moim nazwisku nie ma prawa być żadnego numerka! Ósemki, szóstki czy kurwa pięćdziesiątki! – krzyczałem, zwracając na siebie uwagę.

- To znaczy, że co?

- To znaczy, kurwa, że w jakiejś pierdolonej ósmej operacji, ósmym jebanym aktem notarialnym zostałem z tej spółki WYKREŚLONY!!! Jakimś wysranym cudem albo oszustwem! Rozumiesz?! Z dniem 2 listopada 2004 wykreślili mnie chuje jakoś z mojej spółki, w-y-r-e-j-e-s-t-r-o-w-a-l-i, wprowadzając na moje miejsce innego komplementariusza!

- Czyli…- Artur zwiesił głos niepewnie.

- Czyli, ukradziono mi spółkę! Nie ma mnie tam! Nie będzie negocjacji kontraktu! I pewnie nie będzie, żadnych rozmów o Fundacji Trucker. – usiadłem zrezygnowany. – To gnoje, złodzieje i oszuści. Nie daruję im tego.

- Fundacja ma kasę w wekslu. Jak nie będą chcieli rozmawiać to ich zwindykujemy. Nie zostawię w tej sytuacji naszych beneficjentów bez kasy.

- Zrobicie co będziecie chcieli. Ja tymczasem nie mam już spółki! O…niedoczekanie! Nie odpuszczę tego! Nie daruję! Oddadzą albo zapłacą!

- A to można tak pozbyć się jedynego komplementariusza? Podpisywałeś im coś?

- Nic, co by im dało taką możliwość bez oszustwa czy fałszerstw.

- Może Ci coś podsunęli?

- A kiedy niby? Żartujesz? Zero możliwości.

- Nie wiesz jak to mogli zrobić i kiedy?

- A skąd mam kurwa wiedzieć jak?! Co ja jasnowidz jestem?

- Ale kiedy?

- Mówiłem Ci, 2 listopada! – Zaczynał doprowadzać mnie do pasji swoim spokojem.

- 2 listopada to Sąd Rejestrowy Cię wykreślił na ich wniosek. Pytanie, kiedy oni podjęli takie działania. Musieli zwołać walne. Podpisać za Ciebie akt sprzedaży udziałów. Załatwić to wszystko aktem notarialnym. Otrząśnij się i myśl jak to sprawdzić.

- Faktycznie. Masz rację. Akt zmiany głównego komplementariusza musi być ujawniony w wypisie z KRS, bo skutkuje zmianą nazwy spółki komandytowej. Poczekaj… – zacząłem nerwowo kartkować „cegłę”. O! Jest! Operacja nr 8 – Akt notarialny z 26 kwietnia 2004 r.. Zobacz jak dawno. Wszystko było zaplanowane. Pierdolone chuje! Kutas Bielowicki! I ten sukinsyn Piątkowski, nawet pary z gęby nie puścił! A przecież bez niego było to niemożliwe.

Dogadał się skurwiel z nimi jakoś. Pełnomocnik kierowców a wystawił ich na pastwę Vosowi. Bez wsparcia silnej fundacji tych ludzi też oszwabią. Sprzeniewierzył się. Do dupy z takim pełnomocnikiem. Tak samo Włodarczyk. Drugi „godny zaufania”.

W tej chwili byłem tak wzburzony, że mogłem udowodnić każdemu, że można kląć przez pięć minut i się nie powtórzyć! (Kiedyś mi to udowodnił Dyrektor Tomek Brzozowski, opierniczając ze swojego pięterka, leniów na warsztacie).

Urodziny miałem zepsute dokumentnie! Goście lekko zdziwieni moją kwaśną miną i zachowaniem (A może nie?) dyskutowali jednak zawzięcie i jedli. Zerknąłem na Artura. Znosił to dużo spokojniej, a wyraz twarzy miał w stylu „a nie mówiłem?”. Orzeszku…! A ja głupi zawsze twierdziłem, że nic złego nie może się już zdarzyć. Mama przyniosła tort, odśpiewano „sto lat” i wypiliśmy toast. Przestałem być obecny na imprezie. Dochodziłem do siebie i wszystko zaczęło mi się po woli układać (ileż to już razy).

Przygotowywali się od początku. Przysłali na początku kwietnia gwarancję (5-ego lub 7-ego) podpisaną przez Bielowickiego bym się uspokoił, zajął fundacją i nie dociekał co się dzieje w spółce komandytowej. Wróciły szczegóły. Przysłali gwarancję tylko w jednym egzemplarzu i do podpisu przeze mnie, bo drugi egzemplarz ich nie interesował. To była tylko podpucha. I co mnie jeszcze zdziwiło? Zaraz, zaraz – przysłali to zwykłą pocztą a nie poleconą. By nie było parafy nadawcy i śladu na poczcie. By nie było winnego. Sprytnie. Śmierdzi mi tu Bielowickim lub Tokarskim na odległość.

A potem gdy byłem już spokojny i wziąłem się za fundację (może fiuty liczyli, że ją zarejestruję dopiero za rok) po cichutku zwołali Walne Zgromadzenie, na którym mnie wykreślili. Tylko jak? Musiał być przecież notariusz. Może go kupili albo sfałszowali dokumenty. Może Włodarczyk przekroczył pełnomocnictwo a notariusz i Piątkowski przymknęli tylko oczy? A może po prostu wszystko robił notariusz Remek J. – kumpel Bielowickiego? Znów gonitwa myśli! Dlatego Piątkowski tak mnie uspokajał. Bym się nie przyglądał i nie przeszkodził.

Z drugiej strony w maju przysłali wezwanie do zapłaty tych wirtualnych 50 tysięcy.

Przypomniałem sobie jak wysyłałem do Vosa upomnienie o świadectwo pracy by odwrócić ich uwagę. Oni też to po to zrobili. Ale nie tylko. Realizowali plan, by zastosować groźbę zlicytowania mnie, jakbym mimo wszystko jakoś się dowiedział. To miał być straszak. Już raz mnie przecież złamali. Raz odpuściłem. Dlaczego teraz też niemiałbym odpuścić mając taka pętlę na szyi? Wezwanie przyniosło jednak odwrotny skutek, ale co z tego. Co z tego, że cofnąłem pełnomocnictwo Włodarczykowi? Kurwa mać. A list o cofnięciu i o realizacji projektu fundacyjnego? Nigdy na niego nie odpisali. A co mieli niby odpisać, jak jeszcze mnie wtedy nie wyrejestrowali? Sorry Tomek ale już nie jesteś wspólnikiem? Albo „przyjmujemy do wiadomości i się zastosujemy”? W pierwszym przypadku wstrzymałbym proces w KRS. W drugim miałbym w ręku dowód, że mnie nie tylko nie powiadomili ale i oszukiwali. Zrobili więc najprostszą rzecz – przemilczeli, udali, że do nich nie dotarło. Firma wielka, mogło zginąć albo trafić do osoby niewtajemniczonej i odłożone ad acta. A Włodarczyk? A może on nie brał w tym udziału? A może, jednak nie do końca za późno cofnąłem mu pełnomocnictwo. Może TO właśnie było powodem wstrzymania spraw w KRS. Może to dlatego Gordatowa próbowała ode mnie wyłudzić pełnomocnictwo In blanco? Ale nie udało się. Zaraz, zaraz – coś tu nie gra. Na przełomie lipca i sierpnia sprawdzałem przecież telefonicznie sytuację w spółce. Żadnego wniosku o zmianę komplementariusza wtedy przecież nie było. Panienka z KRS w Łodzi czytała mi, że nierozpatrzony leży tylko ten wniosek dotyczący zmiany umowy spółki z 1 kwietnia, gdy dołożono kolejnych kilkudziesięciu wspólników. Z resztą zmiana w KRS powinna zostać zgłoszona w ciągu 7 dni. Praktycznie w maju już powinienem być z KRS-u wykreślony.

Coś tu nie gra. Umiem logicznie myśleć. Należałem do MENSY. I dla mnie wygląda to bardzo dziwnie. Nie mogli przecież przekupić panienki odbierającej telefony do Sądu Rejestrowego. Musieliby przekupić wszystkich na wszystkich piętrach i każdego uprzedzić, że „taki a taki” może dzwonić lub przyjść w „takiej a takiej” sprawie i wtedy należy mu przekonywująco na ściemniać. To nie ma sensu. Nie czekaliby też przecież do września by złożyć wniosek. Czym dłużej to trwa tym większe ryzyko, że Parol się dowie i zrobi w sądzie dym, odwracając proces lub wstrzymując go na kolejne miesiące lub lata.

Nie umiałem tego rozgryźć ni w ząb. Faktem jest, że coś lub ktoś wstrzymał proces zmiany wspólnika-komplementariusza. W końcu poradzili sobie jednak. Łapówka? To bogata firma i Gordatowa mogła znaleźć dojście do jakiegoś skorumpowanego sędziego. A może normalne fałszerstwo dokumentów lub inne szachrajstwo? Co za różnica. Byle Parola wykreślić jak najszybciej. A jak zacznie być dociekliwy, to dostanie komornika na kark lub wyciągnie się jakieś specjalne świstki (pamiętna groźba Tokarskiego) i zrobi z niego przestępcę. A kto by tam wierzył samotnemu przestępcy. Wszak firma jest wielka, bogata, działa w całej Europie, daje zatrudnienie setkom polaków i potrafi być bardzo przekonywująca. Do wyboru do koloru: odpowiednie dokumenty lub odpowiedni świadkowie.

Zrobiło mi się zimno i gorąco zarazem. Kuźwa, grają ostro. Ale przestępstwa jakieś musieli popełnić. Musieli też popełnić jakieś błędy. Poza tym nie jestem tak do końca sam. Mają konkurentów i wrogów na rynku. Najważniejsze teraz to dotrzeć do dokumentów. Korporacja nie działa przy pomocy duchów a ludzi z krwi i kości. Korporacja odpowiada za swoje przestępstwa jako podmiot zbiorowy i może zabulić do 10% rocznego obrotu. Ale to przecież nie wszystko. Każdy jeden pracownik lub współpracownik, który dla niej popełnił przestępstwo poniesie karę indywidualną z kodeksu karnego. Z karą więzienia włącznie, jeżeli strata jest poważna a przestępstwo umyślne. Ciekawe, jak będą śpiewać gdy oprócz dobierania się do Vos zacznę dobierać się do prywatnej dupy każdego takiego nieuczciwego nygusa. Konflikt interesów mi wtedy pomoże. Nikt nie podłoży łba za firmę, jeżeli firma nie będzie już miała możliwości ich wybronić. Mafia pieprzona! Trzeba zdobyć te dokumenty. Które szczegółowo wykażą, krok po kroku, jak to zrobili. Byłem wściekły na siebie za naiwność i brak nadzoru. Wszystko spierdoliłem. Nic się, kurwa, złego nie może stać?! A jednak się stało! A teraz Tomek myśl co dalej, bo przynajmniej do wojny trzeba się mądrze przygotować. To przestępcy z kasą i bez skrupułów. Jak wychylisz łeb bezmyślnie to Ci go zdepczą. Analizuj więc spokojnie, co dalej. Analizowałem.

Najlepiej znaleźć jakiegoś bystrego adwokata, który dyskretnie looknie w dokumenty w KRS w Łodzi. Ja nie mogę tam się pokazywać, licho nie śpi, jeszcze bym się na kogoś natknął podczas przeglądania akt i spalił temat. Nikt nie może wiedzieć, że węszę i że podjąłem działania wyjaśniające. Trzeba najpierw zebrać wszystkie możliwe informacje. Potem znaleźć dobrych prawników i sposób na skuteczne odzyskanie spółki. Wróć! Prawnicy nie mogą być tylko dobrzy, muszą być świetni, z górnej półki i tacy którzy nie przestraszą się wielkiej korporacji i nie sprzedadzą sprawy. Słowem, musi to być kancelaria renomowana, dbająca o swoją reputację i PR. Tymczasem do zbierania informacji wystarczy mi zwykły adwokat. Mam znajomych w tym środowisku w Łodzi i kilka pomysłów.

Odetchnąłem.

Jest plan.

 

Tymczasem moja impreza urodzinowa, trwała w najlepsze.

Rozejrzałem się. Artur siedział z nosem na kwintę. Ktoś z gości coś do mnie mówił. Siostra się śmiała a ja… Ja wróciłem z dalekiej podróży.

Polałem wódeczki. Artur abstynent o dziwo też się napił. Zauważył wreszcie moją zmianę nastroju. Uśmiechnął się. Wiedział, że się pozbierałem. W jednym ułamku sekundy mobilizacja do wojny została ogłoszona.

 

 

Wieczorem, przy choince w naszym mieszkaniu w Warszawie na Wrzecionie, opowiedziałem Beatce co się stało. Bardzo się zdenerwowała.

- A to dupek ten Bielowicki. To jego sprawka. Uspokoił Cię w kwietniu byś zajął się powoływaniem fundacji a sam w tym czasie zrobił taki numer. Myśli, że jak ma kasę to wszystko mu ujdzie na sucho. Co teraz zrobisz?

- Zrobię jutro Trust Mózgów z Arturem. A Ty tymczasem zostaw tą informację dla siebie. Ani pary z buzi dziewczynom. Ani Reni ani Beacie arturowej. Wystarczy, że ja się martwię.

- A co z TRUCKEREM? Co z tymi waszymi kierowcami?

- Fundacja ma weksel. Nawet jak szybko nie uda mi się odzyskać spółki, a Ci złodzieje nie zechcą się wywiązać to po 4 maja 2005 r. może dochodzić pieniędzy sądownie

- Jestem pewna Tomciu, że sobie poradzisz. Jesteś mistrzuniem i najlepszym prawnikiem na świecie – Była ciepła i kochana jak zwykle.

- Dzięki Mała. Nie jestem najlepszym prawnikiem na świecie, ale takiego z pewnością znajdę. A poradzę sobie na pewno. I nie odpuszczę złodziejom.

- I nie odpuszczaj. Ja bym nie odpuściła. A Bielowicki powinien pójść siedzieć za to wszystko. Nadęty i pewny siebie gnojek!

- Raczej metroseksualna panienka – nie widziałaś jak cherubinkowato wygląda? Ale może i będzie siedział. Musieli popełnić przestępstwo. Ciekaw jestem, co zrobili i kto to zrobił personalnie. Być może nie tylko mnie skrzywdzili… – zawiesiłem głos, głośno myśląc – być może wsadzili na jakiegoś wrednego konia wszystkich kierowców. To się okaże z czasem.

I nie martw się kochanie. Nie odpuszczę i sobie poradzę. Zapłacą za To co zrobili. Choćby próbowali mnie podchodzić na tysiąc sposobów i zaszczuć! A dla Twojego bezpieczeństwa też nie będę Ci mówił szczegółów. Mniej wiesz mała – krócej zeznajesz hihi. Chodźmy już spać.

- Chodźmy… – i słodko się przytuliła.

 

 

Na drugi dzień w biurze zrobiłem z Arturem tajną naradę.

To wszystko nie wyglądało różowo. Szykowała się wojna z potężnym przeciwnikiem. Organizacją bez sumienia i zahamowań. Bogatą korporacją z rzeszą prawników na pstryknięcie i świadkami, którzy poświadczą wszystko co będzie trzeba w danym momencie. To wielka firma transportowa, dla której płacenie pod stołem za dziwne usługi to nie pierwszyzna. Wiem, bo przecież kiedyś byłem ich prawnikiem. Poza tym zamieszani w to są ludzie ambitni, ustosunkowani (nawet politycznie) i potrafiący kąsać zaciekle jak szczury przyparte do muru. A i chodzi przecież o konkretną kasę. Na szczęście, jako się rzekło wcześniej, niekoniecznie muszę być sam. Mają wszak tak samo silnych wrogów w środowisku transportowym. Za wcześnie jednak było na tego rodzaju deliberacje.

Tymczasem ustaliliśmy, że dziewczynom z Fundacji na razie ani słowa. One pracują z wolontariuszami nad projektami i rozmawiają z kierowcami. Muszą być pewne, że środki będą. Trzeba dbać o morale zespołu.

Postanowiliśmy też rozdzielić działania. W związku z nową sytuacją Fundacja miała swoje problemy a ja swoje. Niech każdy z nas pilnuje swojego poletka. Od dzisiaj przestaję współdziałać z TRUCKEREM jako doradca i fundator. To musi być niezależna organizacja ode mnie. By moje problemy nie wpływały na jej funkcjonowanie. Interesy fundacji nie muszą być wszak w przyszłości zbieżne z moimi. Nie możemy się blokować w działaniach. Każdy z nas powinien robić swoje według najwyższych standardów prawnych by nikt nami nawzajem nie miał możliwości pogrywać ani się przyczepić do naszego postępowania. Artur jako Członek Zarządu Fundacji ma obowiązek działać w jej interesie a nie moim. Zwłaszcza, że ja jeszcze długo mogę nie wiedzieć, co jest w moim interesie. Nikt też nie może mi zarzucić, że wpływam bądź wpływałem na decyzje Fundacji jako osoby prawnej. Niestety, przestajemy być w jednej bandzie i wymieniać się informacjami na bieżąco. Każdy z nas ma swoje sprawy do ugrania. No chyba, że pojawi się wspólne zagrożenie. Wtedy wrócimy do Trustów Mózgów i będziemy improwizować.

Niech to będzie jak Wielka Brytania i USA. Sojusznicy, którzy sobie pomagają, ale każde z tych mocarstw prowadzi grę we własnym interesie i nie zawsze MI6 musi mieć po drodze z CIA.

 

Po zawarciu tego „układu” zadzwoniłem do Jacka P. – znajomego adwokata z Łodzi, z którym kiedyś w akademiku wychyliłem niejedną wódkę.

Umówiliśmy się na rozmowę, na początek stycznia. Starałem się nie podawać żadnych szczegółów przez telefon.

Potem przygotowałem plan spraw do załatwienia.

Najważniejsze, żeby mój kontratak nastąpił z zaskoczenia, w najbardziej odpowiednim momencie, gdy będę miał wszystkie potrzebne informacje i kiedy pozyskam jakichś potężnych sojuszników.

Swoją drogą, wciąż mnie gryzło: jak te kutafony TO zrobiły?

Wykluczyć ze spółki komandytowej jedynego komplementariusza bez jego wiedzy i zgody to naprawdę niezły odjazd. To coś podobnego jak zmienić w jednoosobowej spółce z o.o. jej właściciela i jedynego prezesa zarazem. W końcu trzymałem wszystkie sznurki: tylko ja miałem wyłączne prawo do podpisywania czegokolwiek w imieniu INTER CAR PAROL i tylko ja odpowiadałem głową za funkcjonowanie tej spółki. Tylko? No, jeszcze Czarek Włodarczyk miał prawo do zmiany umowy spółki w zakresie przyjmowania i występowania wszystkich wspólników oraz w sprawie otworzenia konta w banku. Do niczego więcej. Żadnych kontraktów ani innych czynności zwykłego zarządu. Nawet substytucje, czyli dalsze pełnomocnictwa mógł udzielić tylko adwokatowi lub radcy prawnemu. Tymczasem poradzili sobie jakoś. Ale jazda. Bez pół litra nie rozbieriosz.

Muszę odreagować!

 

 

Rozdział 6

 

W pierwszej dekadzie styczna 2005 pojechałem na umówione spotkanie z Jackiem P.. Mieliśmy wypić kawę u niego w kancelarii. Nie wiedziałem jednak człowieka prawie 10 lat, dlatego była spora szansa, że na tym się nie skończy i wieczorem wylądujemy w jakimś pubie.

Na wszelki wypadek, postanowiłem zostawić samochód pod domem a do Łodzi pojechać pociągiem. Ta decyzja miała jednak istotną wadę. Jadąc pociągiem nie mogłem zabrać ze sobą wszystkich ważnych dokumentów. Sam wypis KRS swoje ważył. Zebrałem zatem te najważniejsze kwity do tekturowej teczki i dorzuciłem do nich swój paszport. Nie mieścił się w portfelu, a nowego dowodu osobistego, od czasu kradzieży plecaka pod namiotem w 2003 r. jeszcze nie zdążyłem sobie wyrobić. Teczkę tekturową wziąłem do reklamówki a ryzę odpisu KRS wsunąłem do swojej pracowej teki skórkowej. Tak uzbrojony w przepastną, elegancką czarną teczkę i mniej elegancką reklamówkę dotarłem do Łodzi na spotkanie.

Rozmowa trwała ponad godzinę, lecz niestety nie skończyła się wódeczką ani nawet piwkiem. Jacek gdzieś się bardzo śpieszył. Wysłuchał mnie jednak uważnie, ale nie potrafił mi pomóc.

- Jestem adwokatem z urzędu. Biorę tylko sprawy karne. Najczęściej całe mnóstwo drobiazgu. Nawet nie wiem jak trzeba się zabrać za tą Twoją. Przepraszam Cię Tomek, ale nie znam się na tym, nie mam żadnych kontaktów w KRSie i przez ten miesiąc jestem cholernie zawalony robotą. A jak tyś się w to wpakował?

- Trafiłem na szefa któremu zaufałem i z którym się kolegowałem. Zapomniałem, że to człowiek który bez mrugnięcia okiem pozbywa się przyjaciół, partnerów w biznesie a nawet osób którym wiele zawdzięcza – wystarczy, że poczuje jakiś swój interes. A ja byłem tylko podwładnym. Potraktował mnie tak jak kilku innych wcześniej, nabrał, wkręcił, stworzył iluzję a potem zaczął niszczyć bez pardonu, wykorzystując swoje koneksje, siłę firmy i mając pełne poczucie bezkarności.

- Pociesz się, że nie ma ludzi bezkarnych. Kilku takich cwaniaków kiedyś broniłem. Ale w Twojej sprawie nie umiem Ci pomóc.

- A możesz polecić jakieś kontakty tu w Łodzi?

- Zastanawiam się właśnie. Dam Ci kilka namiarów na moich kolegów od spraw gospodarczych. Oni sobie pewnie poradzą z badaniem tego rodzaju dokumentacji. Mają też na pewno chody w Sądzie Rejestrowym. Ale głowy za żadnego z nich nie dam. Sam rozumiesz.

- Rozumiem. Ale podrzuć mi chociaż te namiary.

- Nie ma sprawy. Poczekaj, zaraz zapiszę Ci kilka telefonów. I przepraszam stary, że dziś nigdzie nie pójdziemy. Może w lutym. Jak będziesz w Łodzi zadzwoń. Moja żona się ucieszy. Bardzo Cię miło wspomina z dawnych czasów.

 

Nie pozostało mi nic innego jak się pożegnać. Wyszedłem z zaludnionej niemiłosiernie kancelarii. Tłumy jak w przychodni. Specyfika pracy adwokata z urzędu od drobnych spraw karnych. Spojrzałem na zegarek. Ponad godzina do pociągu.

Po kilku minutach siedziałem przy stoliku w knajpce niedaleko Piotrkowskiej. Bo Łodzian największą troską, jest wszystko zmieścić na Piotrkowską – jak pisał Sztaudynger. Nie uśmiechało mi się za bardzo dzwonienie do nieznajomych. Wbrew moim nadziejom, Jacek nie okazał się za bardzo pomocny. Nie jego wina. Inna specjalizacja i inny segment rynku prawniczego. Przynajmniej, jak będę miał drobną sprawę karną to wiem gdzie się zgłoszę. Uśmiechnąłem się pod nosem. Marna pociecha.

Na razie wyjazd był klapą. Jacek nie pomógł. Wódeczki się nie napiliśmy, choć drzewiej bywało, że godzinami nie wstawaliśmy od stołu. O tempora, o mores. Trudno. Zamyśliłem się nad piwkiem coś za bardzo. Za chwilę musiałem gnać na autobus, by złapać swój pociąg na Widzewie. Do Fabrycznej na piechotę bym nie zdążył.

Ten pośpiech skończył się dla mnie fatalnie. Będąc w amoku spóźnialskiego, już w pociągu się zorientowałem, że zgubiłem, zostawiłem w autobusie, reklamówkę z tekturową teczką z dokumentami i paszportem. Nawet kląć mi się nie chciało na widok mojego pecha i głupoty.

Najgorsze, że nawet uczciwy znalazca (w przypadku paszportu w takiego nie wierzyłem) odeśle te dokumenty albo na adres komandytowej do Piątkowskiego, albo na adres Vosa. W bardziej beznadziejny sposób już nie mogłem postąpić. Nie dość, że nie wszystkie dokumenty są do odtworzenia to jeszcze uczciwy znalazca zakomunikuje moim wrogom, że Parol coś kombinuje. Beznadzieja. A ja jestem czasem rekordowo beznadziejny.

Do tego jeszcze ten zgryz, czy znajdę odpowiednich prawników dla wagi mojej sprawy?

Zamulona głowa bez szans na przewietrzenie w Warszawie. Trzeba brać Mikołaja i Betty i jechać na narty. Natychmiast!

Tak wracając pociągiem, bez większej refleksji gapiłem się w zimowy krajobraz uciekający za oknem. Tak, tylko narty mogą mnie uratować.

 

 

- Co zrobiłeś? – Warknął Artur przez telefon.

- Zgubiłem dokumenty.

- Które?

- Nie pytaj…

- Tylko nie mów, że…

- Tak, te też.

- Kurwa mać, co Ty wyprawiasz?

- Nie mogę się pozbierać.

- Ale musisz. Musisz bo inaczej nie masz szans.

- Wiem, jadę na narty..

- I bardzo dobrze… tam nic nie popsujesz.

- Wypluj to słowo.

- Faktycznie. Jedź i złam nogę.

- No, nie dziękuję

- A idź do cholery. Czasem jesteś baranem do kwadratu

- Wiem.. wiem sam. Jeszcze jakieś uwagi?

- Nie, trudno, będziesz się bił tym, co Ci zostało.

- A Ty?

- Ja spróbuję z nimi pogadać.

- Dawno na to wpadłeś?

- Dawno. To już nie Twoja sprawa. Ale pogadam z nimi dopiero w kwietniu

- Bo..?

- Na 2-3 tygodnie przed terminem weksla

- Bo…?

- Bo jest kilka rzeczy do wyjaśnienia. Jedź na te narty.

- Pojadę. Za dwa tygodnie.

- No i dobrze. Idź na siłownię, zrzucić parę kilo.

- Ok. Mam zamiar. Trzym się kuzynie

- Trzym się, Ty.. gapo. Załamka. Dosłownie załamka…

- Wiem. Dojebałem jak amator.

- To mało powiedziane. Cześć

 

 

Tego roku w Szklarskiej było jeszcze piękniej. Śniegu jak zwykle po pachy, ale słońca wręcz do znudzenia. Odpoczynek całkowity. Codziennie do 16-tej szus z przerwami na grzańca. A jakże. Wyścigi z Mikołajem i Beatą. Wieczorem piwko do upadłego i imprezy w firmowym namiocie Żywca. Przy tym nic zawodowo się nie działo. Nikt mnie nie niepokoił. Nie to, co rok temu. Nie chciało mi się wcale stamtąd wracać. Cóż, kiedy młodemu kończyły się ferie a Betty urlop. Ten koniec ich feriourlopu był dla mnie końcem relaksu i świętego spokoju.

A dzisiaj wiem, że i z nartami pożegnałem się wtedy na dłuższy czas niż zwykle.

Było też jeszcze jedno pożegnanie. O wiele smutniejsze. Ale nie uprzedzajmy faktów.

 

 

Rozdział 7

 

Po powrocie do Warszawy czekała mnie ciężka praca. Dalej nic nie wiedziałem i dalej nie miałem dostępu do dokumentów. Kontakty z Arturem się faktycznie poluźniły. Nie ma co ukrywać, Fundacja to jego kłopot, a spółka komandytowa to mój. Powiedziałem mu tylko: jeśli się tak zdarzy, że nie odzyskam szybko spółki, to pamiętaj, że masz żelazne podstawy do roszczeń sądowych. Musisz wziąć tylko bardzo dobrych prawników i zadbać by wasze postępowanie było dokładnie zgodne z prawem i zasadami zawartymi w umowie sponsoringu. Inaczej Cię zjedzą na śniadanie. Nosem wciągną.

Twoja siła w prawdzie, skrupulatności i samodzielności. Tak samo jak ja musisz być niemal bez skazy. Poza podejrzeniem. Wiarygodny do bólu. Pamiętaj, że oni mają kasę by kupić prawie każdego. Ty masz misję i dokumenty. Oni strukturę, lobbing i nieograniczony dostęp do fałszywych świadków. Jeżeli już posunęli się do przestępstw to zrobią wszystko by zniszczyć Ciebie, Fundację i mnie. A przynajmniej podkopać naszą reputację.

A jak oszukują kierowców na pieniądzach to zrobią wszystko by fundacja nie otrzymała wsparcia finansowego. Wszystko! Rozumiesz?

 

Uff. Nie wiem jak Artura, ale mnie zmęczyła moja tyrada. Najgorsze, uświadomiłem sobie, że to wszystko prawda. Trzeba szukać świetnych prawników, bo nie ulega wątpliwości, że bez nich w tej wojence, nie mamy szans.

[Nie ulega wątpliwości - powiedziała stara niania – lepszy seks jest bez miłości, niźli miłość bez bzykania]

Sam Bielowicki ma większą kasę na pstryk. W nagrodę za m.in. „oszczędności” podatkowe, zrobione dla Vos dzięki „małym i dyskretnym” zmianom w sposobie rozliczania kierowców przy pomocy diet w komandytowej, uzyskał tak konkretne pieniądze, że stał się właśnie współwłaścicielem Funduszu Inwestycyjnego typy VC o nazwie Tar Heel Capital. Bawi się tera w milionera.

Zamyśliłem się.

Mam odłożone trochę grosza na dom. Coś jeszcze mogę pożyczyć od rodziców. Będzie razem jakieś 150 tysięcy. To prawie 50 tysięcy dolarów. Musi wystarczyć.

Gorzej, jak sobie poradzi TRUCKER. Niech Artur kombinuje. Musi sobie radzić.

Rozbicie naszego Trustu Mózgów miało jednak wiele wad. Martwiłem się tym. Uderzało w naszą sprawność i pewność siebie.

Ale nie było innego wyjścia. Nasze interesy mogły być często sprzeczne. A być może będziemy zmuszeni zeznawać kiedyś pod przysięgą. Wtedy ważne będzie, mówimy prawdę i działamy z czystym sumieniem, bez stosowania gierek i krętactw. Nie możemy dopuścić by korporacja przyłapała nas na jakiejś nieuczciwości lub tylko niekonsekwencji. Ich stać na świetnych prawników, którzy jak znajdą lukę to nas zaszczują i pogrążą. Nasza siła wspólna, a i każdego z nas osobna, że takich luk nie będzie. By mieć szansę wygrać z bandą sprytnych złodziei trzeba stawiać prawdę przeciwko plewom. I liczyć, że w ostatniej instancji lub w prokuraturze, prawda w końcu się obroni.

 

 

Był marzec 2005 r.. Minął już ponad rok od czasu gdy to wszystko się zaczęło.

Po Vosie spodziewałem się teraz wszystkiego najgorszego. Zerwałem na jakiś czas kontakt z siostrą. Miesiąc temu urodziła córkę. Potrzebuje ciszy i spokoju. A ja wciąż, bez przerwy od 1974 r., jestem u niej w mieszkaniu zameldowany na stałe, pomimo, że tam nie mieszkam już ponad 10 lat. Nie chciałem jednak, by ją i jej męża ktoś nachodził czy nękał.

Tymczasem, odtworzyłem te dokumenty, które dały się odtworzyć. M.in. wystąpiłem o nowy paszport. Wciąż spotykałem się z prawnikami. Zazwyczaj byli łasi na pieniądze i chętni do podjęcia tematu. Ale wciąż miałem wrażenie, że nie spotkałem jeszcze tych właściwych.

Nie mógł być to żaden samotnik choćby najlepszy. Za łatwy do nastraszenia lub przekonania w inny sposób do odpuszczenia sobie mojej sprawy lub jej położenia. Nie mogę też mieć żadnych podejrzeń co do powiązań z tymi ludźmi. Żadna lewica rządząca ani kręgi byłej Unii Wolności. Bielowicki był kiedyś prezesem ich młodzieżówki, asystentem byłego Posła RP Zbigniewa Janasa i robił jakieś interesy z Rosatim. Ustosunkowany gość i dlatego cholernie niebezpieczny. Potrzebowałem więc Kancelarii potężnej i prężnej, prowadzonej przez ludzi z doświadczeniem na zachodzie i nie starszych ode mnie więcej niż 5-6 lat. Tacy nie powinni mieć ukrytych powiązań. Do tego jeszcze o uznanej renomie i specjalizujący się w prawie spółek. Nie mógł to też być moloch jak te międzynarodowe korporacje prawnicze. Nie musze być dla nich największym ale muszę być znacznym klientem. O którego warto zabiegać.

Takich mecenasów jeszcze nie spotkałem a czas uciekał nieubłaganie. Nadszedł już kwiecień. Frustracja osiągała zenitu. Jedynym osiągnięciem, które wyniosłem z tylu spotkań to otrzaskanie w opisie mojej sprawy i w przedstawianiu oczekiwań. Jeden z adwokatów zagaił o wartości mojej sprawy.

- A ile by Pan chciał za tą spółkę?

- Jak to ile? Chcę ją odzyskać od złodziei i tyle.

- No dobrze, zapytam inaczej, Jakie wielkie chciałby Pan uzyskać odszkodowanie za zaprzestanie drążenia tematu i dochodzenia swoich praw? Jak Pan to wycenia?

- No … Nie zastanawiałem się jeszcze – zamyśliłem się…

- Przepraszam ale jeśli sprawa wygląda tak jak Pan ją opisuje, a zakładam, że tak jest bo nie oszukuje się swojego ewentualnego przyszłego mecenasa, to powinien Pan spróbować jakoś wycenić swoje roszczenia.

- Widzi Pan, ja do tej pory myślałem głównie o wyczyszczenie swojego dobrego imienia. Myślałem, że gdy nastanie nowy prezes to będzie umiał przyjść i powiedzieć „wiesz Tomek tak wyszło. Przepraszam. Spróbujmy razem odkręcić sprawę tak żebyś i Ty i firma wyszła z całej sprawy zadowolona”. Niestety chyba się na to nie zanosi a wręcz przeciwnie.

- Ja rozumiem Pana rozgoryczenie ale chyba zdaje Pan sobie sprawę, że w tej chwili zaczynają wchodzić w grę coraz większe pieniądze. Analizując dokumenty policzyłem, że mógłby pan się ubiegać o jakieś 2,5 mln EURO. A myślę, że im dłużej będzie trwał ten spór tym wartość potencjalnego roszczenia może jeszcze bardziej rosnąć.

- Aż tyle? Jak Pan to wycenił? Zresztą. Ma Pan rację mecenasie. Ja nie mam nic przeciwko pieniądzom ale chciałbym też odrobinę sprawiedliwości i satysfakcji. Ja wiem i oni wiedzą jak naprawdę było i równie ważne dla mnie jest żeby to przyznali i przeprosili. Przyznam się panu, że gdyby obecny prezes, Tadeusz Gruba wyciągnął do mnie rękę i załatwił sprawę jak należy to nie robiłbym ceregieli. Jak znam siebie to sprzedałbym spółkę lub odstąpił od roszczeń i to wcale nie drogo. Bardziej mi zależy na ochronie mojego dobrego imienia i poczuciu bezpieczeństwa.

- Ale z tego co tu widzę całkiem spore roszczenie ma i fundacja. To nie są małe pieniądze.

- Owszem. Tylko, że fundacja i tak te środki przeznaczy na kierowców z ich rodzinami. To kilka tysięcy osób. Zresztą myślę, że udałoby mi się wymediować rozsądne warunki dla obu stron. No ale to już przestaje być realnym rozwiązaniem. Widzę, że firma czuje się zbyt wielka i pewna siebie by usiąść do stolika. W tej chwili muszę się przygotować do konfrontacji przed sądem.

- Mi też się tak wydaje. Niestety taka walka z dużą, bogatą i bezwzględną korporacją to nie zabawa klockami. Zwłaszcza, że Ci co tam popełnili błędy musieli by za nie odpowiedzieć. Będą walczyć wbrew wszystkiemu. Ale moim zdanie sprawa jest warta zachodu. Naprawdę warta.

- Podjął by się Pan tego, Panie Mecenasie.

- Niestety nie. Jestem małą kancelarią i ta sprawa mnie przerasta. Jestem za krótki Panie Tomku i lubię spać spokojnie a widzę, że przy tego typu ludziach z tym snem może być różnie. Przepraszam. Ale gratuluję odwagi i szczerze życzę powodzenia.

 

Więc co z tego, że są perspektywy, gdy zostałem w punkcie wyjścia. Co za dziwna sytuacja. Postanowiłem zmienić sposób szukania prawników, bo ten który przyjąłem do tej pory nie przynosił efektów. A czas mijał.

 

Tymczasem Artur podjął równie zdecydowane działania. Dowiedziałem się o tym w specyficzny i mało przyjemny sposób.

 

- Cześć. Czego nie odbierasz ode mnie telefonów? Unikasz mnie?

- No co ty, Artur. Nie mogłem gadać byłem na spotkaniu.

- Słuchaj, w co Ty mnie kurwa wrabiasz?

- Wrabiam?

- Wrabiasz, do cholery, wrabiasz moim zdaniem.

- Pojebało ci się chyba coś. Nie gadaliśmy przecież od stu lat.

- Posłuchaj, gadałem z Vosem.

- Noi?

- I z komandytową.

- Noi?!

- W Vosie jakiś ważniak mnie wyśmiał. Kazał się wypchać i iść sobie do sądu.

- A Ty na co liczyłeś?

- Nie oto chodzi. Dał mi telefon do komandytowej bym tam sobie szukał obiecanych pieniędzy.

- A Tam obiecali, że ci wypłacą…

- Nie przerywaj. To nie jest śmieszne. W komandytowej mi powiedzieli oczywiście, że tam maja tylko księgowość a wszelkie władze są w Vosie i tam sobie mam dzwonić.

- Noo… A Ty myślałeś, że po to ukradli spółkę by wspierać fundację? Nie bądź śmieszny.

- NIE OTO CHODZI!!! W komandytowej powiedzieli mi, że tu jest sama księgowość od początku działania spółki, to jest od lutego tamtego roku!

Milczałem

- To ja się Ciebie pytam: w co Ty mnie do diabła wkręcasz?

- Dalej nie rozumiem.

- Posłuchaj, według Ciebie spółka miała ruszyć dopiero po zarejestrowaniu ok. 460 kierowców czyli mniej więcej od grudnia 2004. Tymczasem oni twierdzą, że komandytowa działa w najlepsze już od lutego 2004. A wtedy tylko ty mogłeś zgłosić ją do skarbowego. Wiedziałeś takie rzeczy i nie powiedziałeś. Wiesz jak to wygląda? Jaja sobie ze mnie robisz?

- To humbug! Pierdzielą trzy po trzy. To niemożliwe.

- Żaden humbug! Gadałem z kierowcami. Potwierdzili. Nie byłeś szczery. Ufałem Ci.

- Artur! Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Nic o tym nie wiem. Ja działalności nie zgłaszałem. Nie podpisywałem kontraktów. Nie wystawiałem faktur. Nie oszukałem Cię do cholery!!

- To jak to wytłumaczysz? Kolejnym oszustwem? Już wtedy?

- Noo.. Tak. Tylko tak.

- Słuchaj. Chyba nie zdajesz sobie sprawy jakie konsekwencje przyniosłyby takie fałszerstwa. Tam są wspólnikami setki ludzi. Tylko idiota zrobiłby coś podobnego a oni nie są idiotami. Nie wiem co o tym myśleć. Szukam prawników i robię własne śledztwo. Wolałbym, żebyśmy od tej pory w ogóle się nie wtrącali w nasze wzajemne sprawy. Aż się wszystko wyjaśni. Mam nadzieję Tomek, że to Ty mówisz prawdę. Ale na razie nie będę już ci wierzył na słowo.

- No co Ty gadasz? Artur, powaliło Cię?

- Tomek, wyjaśnij to proszę. Jak najszybciej. Bo ja jestem bardzo zdezorientowany. Cześć

- Cześć.- Odparłem smutno.

 

Kłótnia z Arturem była najgorszą rzeczą jak mogła się zdarzyć teraz. Zero dokumentów. Zero informacji i zero prawników. Same porażki. A jeszcze kurwa TO!

Moim zdaniem Artura jednak oszukali. A kierowcy wcale nie musieli wiedzieć w jakim jeździli charakterze do tej pory. Po prostu. Dali pełnomocnictwa luty-marzec i myśleli że już jeżdżą w spółce komandytowej. Bo nie wierzę, by zgłoszono działalność za mnie. Zbyt wielkie ryzyko. Nie wyłudza się decyzji o NIP bo to by zawsze groziło podważeniem legalności spółki. Artur traci nerwy. Jest skołowany. A ja go nie przekonam bez prawników i dostępu do dokumentów. Zostaliśmy sami. Każdy sobie rzepkę skrobie. A tak naprawdę  to Artur ma Fundację, Zarząd, Kierowników projektów, wolontariuszy i gada z kierowcami.

A to JA zostałem SAM!

Nie wiedziałem co robić teraz.

Psychika mi siadła zupełnie. Byłem jednak bardzo zdeterminowany. Napoleon Hill mawiał, że tylko upór prowadzi do celu. Ja będę uparty. Wydam wszystkie swoje oszczędności, ba zadłużę się, a nie odpuszczę!

 

 

Ktoś powie, że alkohol to żaden ratunek. A jednak. Wyjechałem z Beatką na długi weekend majowy na kajaki do Krutyni. 4 dni piwka i wdychania wiosny. Opychaliśmy się swojskim jadłem na potęgę, łaziliśmy po lesie i całej okolicy, skąpaliśmy się w deszcz w dole młyna gdy wywróciłem kajak. Pokłóciliśmy się. Pogodziliśmy i pokochaliśmy. A wszystko to tfu, na psa urok, przy minimum 2 promilach we krwi. Po powrocie z Mazur świat znów wydawał się piękny. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Rzuciłem się w wir pracy Fundacji komunikacyjnej i wtedy los się zaczął po woli ale zdecydowanie odwracać.

 

Najpierw zgłosiła się do mnie o konsultacje wielka firma transportowa. Potrzebowali prawnika i PR-u. Ja jako były konsultant prawny Vos Logistics Polska i Prezes Fundacji Komunikacyjnej mogłem im dać jedno i drugie. A jako prawowity komplementariusz tysiąc osobowej INTER CAR PAROL  (która, przejściowo używała teraz nazwy „INTER CAR Biuro Organizacyjno-Finansowe Usług Transportowych SIMEX-SERVICE Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością” Spółka komandytowa) pomyślałem sobie, że spróbuję im zaproponować jeszcze więcej. Rozmowy toczyły się na początku na względnie niskim szczeblu. Dopiero sytuacja się zmieniła jak pojechałem na dłuższe szkolenie na platformę logistyczną w Hanowerze. Towarzystwo przyjechało tam do mnie w komplecie. Miałem okazję poznać cały „zarząd” tej firmy i przedstawić jej swoje pomysły. Dogadywaliśmy się znakomicie. Byłem podbudowany kulturą tych ludzi i uczciwością. Jednak pomimo niemal miesięcznych rozmów nie zgodziłem się na przejęcie przez nich kontroli nad odzyskiwaniem spółki komandytowej. Jeszcze 6 tygodni wcześniej wziąłbym oferowane pieniądze i stanowisko z pocałowaniem w rękę. Ale już nie teraz. Bo przed wyjazdem na szkolenie, pozyskałem w końcu kapitalnych prawników. 12ta w rankingu Kancelaria Prawna w Polsce to jest TO. Wolałem liczyć na mecenasów. W tej chwili mogłem pójść tylko na taki układ, że moi „przyjaciele z Hanoweru” mają prawo pierwokupu Spółki Komandytowej, kiedy już ją odzyskam i będę szukał kupca. Mają swoje rynkowe porachunki z Vosem i bardzo im zależy na wycięciu ich z Polski. Dla mnie zmodyfikowali nawet trochę plany swojej ekspansji w przyszłym roku. Za to pomogą mi we wszystkim, jeśli tylko uznam za konieczne się do nich zwrócić. A mogła być taka konieczność, chociażby, żeby ratować spółkę i znaleźć dobre zatrudnienie dla tworzących ja kierowców.

To była niezła wiadomość. Uczepiłem się tego i poczułem jeszcze pewniej.

Co to znaczy mieć wsparcie i plan B.

Teraz już nie bałem się niczego.

 

A moich mecenasów poznałem w zasadzie w ostatnim momencie. Gdyby nie to, musiałbym pójść na dużo gorszy układ. Samemu się nie walczy o taką stawkę.

Niestety nie uzyskałem jeszcze zgody by nazwę kancelarii ujawnić w tej książce. Nie wątpię jednak, że z czasem to nastąpi.

Tak samo, jestem zmuszony okryć zasłoną milczenia rozmowy o naszej taktyce i strategii. Proszę czytelników o wybaczenie ale póki co niech strategia procesowa pozostanie w ukryciu. Nawalanka prawna wciąż jeszcze trwa.

 

 

Zbliżał się koniec czerwca. Wróciłem z nad rzeki Leine do Polski. Utyłem na tamtejszych fastfoodach. Ale byłem w euforii. Prawnicy pracowali badając sposób przejęcia spółki i przygotowując pozew o ustalenie wspólnika komplementariusza. Za kilka dni miał przyjechać do mnie Mikołaj. Od Artura niestety nie miałem żadnych wieści. Jakby zapadł się pod ziemię. Dopiero w naszym biurze na Ciołka, dowiedziałem się od Reni, że udało mu się właśnie pozyskać pewną, wysokiej klasy Kancelarię Adwokacką w Łodzi. Z pierwszej trójki  tym województwie. Wypas. Skorzystał przy tym podobno z jakiegoś mojego kontaktu. Jak to nie wiadomo kiedy co się przyda.

Wolałem jednak, póki co, raczej łba nie wychylać. By nie dotknąć niechcący, żadnej czułej struny i nie wejść w paradę. Przynajmniej zanim nie będę miał kompletu informacji, co namotano w INTER CAR i na jakich kwitach..

Dziwnym zbiegiem okoliczności, to Artur właśnie, tych najistotniejszych informacji mi udzielił.

Wtedy, niczym w kole fortuny znów odmieniła się nasza sytuacja.

Znów odbudowaliśmy Trust Mózgów.

Dopiero wtedy jednak, zrozumieliśmy pierwszy raz z kim mamy do czynienia.

Czas przygotowań i działań koncepcyjnych, miała niebawem zastąpić awantura większa niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Sport ekstremalny dla prawdziwych mężczyzn! Tylko kto nas w to wpakował?

 

 

Rozdział 8

 

W rzeczywistości, to miał być dopiero marny przedsmak późniejszego zgiełku.

Ale wtedy, w lipcu ocenialiśmy to zgoła inaczej.

 

Przyjechał do mnie Artur zburzyć mi doszczętnie moją sielankę z synem. Byliśmy na wsi i pamiętam ten dzień minuta po minucie.

Było strasznie upalnie a ja z uporem wariata chodziłem za kosiarką znęcając się nad trawnikiem.

Mój kuzyn pojawił się nagle jak duch i bez uprzedzenia.

- Tu masz dokumenty, z których wynika jak się Ciebie pozbyli ze spółki.

- Żartujesz!? Skąd je masz?

- Zdobyłem już wcześniej, ale niestety dopiero teraz przejrzałem. Nie było czasu. Zasuwałem jak głupi. Za dużo rzeczy do zorganizowania, przypilnowania i zrobienia. No i wolontariuszy trzeba było przeszkolić.       

- Ale skąd je masz? Skąd się wzięły? I jakie kwiatki?

- Poszperałem tu i tam – uśmiechnął się – mamy teraz całkiem spore archiwum w fundacji. Zebrałem ile mogłem. Głównie z KRS ale nie tylko. Całkiem sporo wiedzą też kierowcy.

- No i?

- No i jestem by Ci coś pokazać i Cię przeprosić. To naprawdę oszuści.

- A te kwiatki?

- Musisz to sam zobaczyć. Zostaw to koszenie bo i tak lepszy z Ciebie prawnik niż rolnik.

I zaczęliśmy się strasznie śmiać. Sprawy między nami wracały na właściwy tor. Usiedliśmy na ławce pod winogronami.

 

Te „kwiatki” to podpisana przez Włodarczyka, w moim imieniu, darowizna udziałów w komandytowej na rzecz należącej do Vos Logistics Spółeczki SIMEX-SERVICE Spółka z o.o.. A kto się podpisał w imieniu SIMEXu? Rzecz jasna Bielowicki.

Darowiznę tą nazwano eufemistycznie POROZUMIENIEM. To na jej podstawie dokonano potem zmiany umowy spółki na walnym zgromadzeniu. I nie ważne było, że Włodarczyk nie miał upoważnienia do podpisywania takich kontraktów. Nie mówiąc już o oddawaniu moich udziałów za darmo.

Następną rzeczą, która robiła jeszcze większe wrażenie to fałszerstwo dokumentów złożonych w KRS. Pierwszy wniosek o wykreślenie mojej osoby ze spółki złożyli do Sądu już na początku czerwca 2004 r. Mniej więcej w tym samym czasie gdy otrzymałem od Tokarskiego wezwanie do zapłaty 50 tysięcy i przestraszony możliwością przyjęcia innych komplementariuszy, umawiałem notariusza by cofnąć Włodarczykowi pełnomocnictwo. Sąd jednak odmówił im wtedy wykreślenia, odmawiając im prawa do reprezentacji z pominięciem mojej osoby.

13 lipca KRS odrzucił wniosek. Musieli wpaść w panikę i próbowali wyłudzić pełnomocnictwo In blanco. To dlatego nie było (już) żadnego wniosku o wykreślenie mnie, gdy sprawdzałem dane telefonicznie w KRSie. Niestety podstęp się nie udał, bo wprawdzie wysłałem Gordatowej potwierdzenie pełnomocnictwa, ale do innej, konkretnej sprawy. Postanowili zatem spróbować jeszcze raz i złożyli drugi wniosek 30 sierpnia 2004. Niestety Sąd znowu zażądał mojego udziału wzywając do dostarczenia dokumentów podpisanych bezpośrednio przeze mnie. Takim dokumentem miał być tekst jednolity umowy spółki na stan z dnia podarowania udziałów, a więc z 26 kwietnia 2004. Tego nie potrafili przeskoczyć inaczej jak fałszując moje podpisy. By sąd wprowadzić w błąd, bo podpis przypominał raczej kulfony dziecka albo pisanie lewą ręką, adwokat Gordat wysłała w dniu 28 października pismo przewodnie, w którym poświadczyła, że jest to podpis złożony przez komplementariusza Bartłomieja Parola. Później się okazało że ta pani jest w komisji etyki adwokackiej w Łodzi (nerwowy śmiech na sali).

Posłużyła się zatem, sfałszowanym przez kogoś lub nią samą dokumentem by doprowadzić na siłę do wykreślenia mnie z rejestru wspólników. Po takim zaświadczeniu adwokata, Sąd Rejestrowy w Łodzi, na drugi dzień, 29 października, wydał postanowienie o zmianie komplementariusza. W ten oto sposób, z dniem 2 listopada 2004 (dzień wpisu zmiany) KRS wyrejestrował mnie a za mnie wpisał SIMEX-SERVICE Spółka z o.o.

Miał Artur rację. To oszuści. A ja dostałem w ręce dowody tego oszustwa. Moi prawnicy ich rozjadą.

Nie dziwota też, że takie dokumenty przekonały Artura ostatecznie, że to nie ja kręciłem i że nie brałem w tym wszystkim udziału.

W tej sytuacji, w zupełnie innym świetle stanęła też sprawa, ewentualnego wyłudzenia przez tych oszustów i złodziei decyzji Urzędu Skarbowego. Ci ludzie byli zdolni do wszystkiego w imię realizacji swoich celów finansowych. Pytanie tylko jak dyskretnie dotrzeć do dokumentów skarbowych. Pogadam z mecenasami gdy im zaniosę tą bombę.

 

- A jak tam sprawy fundacyjne? Tyle czasu się nie odzywałeś

- Organizacja się rozrosła. To już kilkadziesiąt osób zaangażowanych. Projekty pomocowe napisane. Przymierzamy się przystąpić do EFSu Unii Europejskiej.

- Noo. To gratuluję. Wystarczy tylko spuścić was z oczu.

- Co z tego, kiedy nie mamy pieniędzy. Zaraz biuro trzeba będzie zawiesić. Samymi dobrymi chęciami wiele nie wskóramy. Możemy tylko pomagać kierowcom radami przez telefon i Internet. A mamy tych pytań i próśb o pomoc coraz więcej.

- Dacie radę. Vos zapłaci. Nie może bronić się długo przed wypłacaniem kierowcom socjałki, którą sam im obiecał, bo Ci zaczną uciekać od nich na Zachód i wszystko runie.

- I tak runie, jak całą firmę zbudowali na fałszerstwach i przekrętach. Musisz dotrzeć do wszystkich dokumentów, musisz wiedzieć co tam jeszcze jest za syf. Musisz zadbać o swoje i wspólników bezpieczeństwo skarbowe. Jak były fałszerstwa to zdemaskować. Znaleźć winnych. Wskazać ich jako osoba poszkodowana. Byś potem nie musiał w obrączkach, z Białołęki, udowadniać, że nie jesteś wielbłądem. To nawet ważniejsze niż ta kasa dla fundacji. A propos, może już za kilka dni będziemy mieć nakaz z weksla.

- Już?! – aż wstałem. – To wszystko załatwiłeś sam?

- No nie. Z prawnikami hihi. Teraz Ty się spraw.

- Sprawie się chłopie, dzięki Tobie trzymam ich za jaja.

- Faktycznie. Debile. Na Twoim miejscu zgłosiłbym to wszystko na Prokuraturę.

- Tak się skończy. Nie daruję dziadom.

- Wiem. Znam Cię. Wytłumacz mi coś Tomek. Bo jednego wciąż nie rozumiem.

- Acha?

- Po co oni to zrobili? Po co ukradli Ci spółkę?

- Jak to? Dla pieniędzy.

- Dla jakich pieniędzy?

- Wielkich, Artur, wielkich. Oszczędności na samych kosztach zatrudnienia 1000 kierowców – a pewnie już wiesz, że tylu jest wspólników – to miliony rocznie. Do tego, jak się ma pełną kontrolę, jak Vos teraz, takiego delikwenta łatwo się zatrudnia i łatwo się go pozbyć. Nie ma ryzyka zatrudnienia złego pracownika. Złemu się nie wypłaca kasy za przepały, lub pod pretekstem jakichś innych uszkodzeń lub obciążeń. Piątkowski w imieniu kierowcy wszystkie roszczenia Vosa uznaje. Nie ma kosztów okresu wypowiedzenia – każą wystąpić kierowcy, Piątkowski w jego imieniu natychmiast występuje. Tak wypaczyli cały projekt, że dziwne, iż ktoś w ogóle chce w tej spółce jeździć.

- Ale nie wygodniej by im było jakbyś został? Prawnik, logistyk i właściciel. Byliby kryci.

- Ty wciąż nic nie rozumiesz. Ja bym działał w interesie swoim i swojej spółki, czyli też kierowców. Nie godziłbym się na wszystko odpowiadając za spółkę głową. Żadne przekręty finansowe też nie wchodziłyby w rachubę bo to obciążałoby mnie a nie jakąś spółeczkę Simex Service z o.o. Szanuję swój podpis i nigdy w Vosie, Euroadzie czy wcześniej złej sprawy nie firmowałem. Poza tym, jakbym był ja musiała by być i Fundacja. A ona im niepotrzebna. Bo jeśli krzywdzą kierowców, rżną ich na kasie i wykorzystują, to Fundacja musiałaby się za kierowcami ująć. Pamiętaj, że fundacja miała na to obiecane środki. Mogła więc być trudnym przeciwnikiem.

- Ale tak kraść na chama? Fałszując dokumenty?

- A jeśli już wcześniej coś nafałszowali? Jeszcze nie wiem na pewno, ale głowę daję, a i Ty już jesteś pewien, że rejestracja w karbówce to też przekręt. Albo faktury. Albo coś jeszcze. Musieliby się z tego przede mną wytłumaczyć. A nie było legalnego sposobu by się pozbyć jedynego komplementariusza.

- Mogli kupić…

- Kupić? Owszem, mogli. Tylko, że Bielowicki nie kupuje niczego kiedy uważa, że może po prostu bezkarnie ukraść. Poza tym to ludzie chorzy z chciwości. Nie po to skaptowali Piątkowskiego, podstawili Włodarczyka i uspokoili mnie gwarancją żeby kupować. Normalnie, napalili się, nakręcili jak baby przy pierzu, że jak przejmą szybko spółkę to kontrakt podpiszą ze spółką jaki zachcą. Nie taki jak ze mną po stronie spółki. Walczyłbym, by wynagrodzenie było jak największe, żeby wspólnicy mieli czym się dzielić. Po przejęciu komandytowej kontrakt mogą mieć za minimalną kasę, bo po jednej stronie podpisze się Bielowicki za Vosa a po drugiej stronie podpisze się Bielowicki jako pełnomocnik spółki komandytowej. Oni walczą o kupę pieniędzy i dyktaturę nad kierowcami, by zapieprzali za pół darmo bez gadania i bywania w domu.

- Ale przecież jakbyś się wtedy dowiedział…

- Dlatego zrobili wszystko sprytnie i cichutko. I sfałszowali dokumenty właśnie też dlatego, bym się nie dowiedział póki sprawa w Sądzie KRS, bo bym przeszkodził.

- W głowie się nie mieści. Przecież zawsze jest ryzyko, że w końcu dowiesz się wszystkiego.

- W ich pojęciu już raz mnie złamali, więc złamią na pewno jeszcze raz. A jak podniosę głowę za mocno, to naślą na mnie komornika. 50 tyś długu, to 70 tyś do egzekucji komorniczej. To wystarczy zazwyczaj by przestraszyć normalnego człowieka. Do tego mogą wytrzepać świadków z rękawa i pójść z tym na policję.

- Po 1,5 roku? Wątpię.

- Pójdą z adwokatem, który jakoś wytłumaczy ten poślizg. Chcieli dać szansę poprawy i takie tam bla bla bla. Normalny szary człowiek odpuszcza walkę z korporacją, jeśli postraszyć go skutecznie utratą majątku i kryminałem.

- To mają pieprzonego pecha.

- Tak?

- Bo nie jesteś normalnym człowiekiem.

- Hehe. Chyba nie jestem.

- Tylko mam prośbę Tomek. Wariacie. – Tu przestał być taki wesoły. – Pamiętaj, że to mogą być bardzo niebezpieczni ludzie.

- Wiem. I dla mniejszej kasy, złodziejaszki zmieniają się w bandziorów. Zabezpieczę się. Opiszę wszystko, zdeponuje dokumenty, nic nie ucichnie nawet jak mnie wsadzą by ukręcić łeb sprawie.

- Właśnie, a sam mówiłeś, że Bielowicki ma żonę prokuratora.

- Spoko. Mój kontakt w Vosie doniósł, że właśnie się rozwodzą.

- Mimo wszystko. Wiesz jak jest.

- Wiem, wiem. Ty też bądź ostrożny.

- Ja też jestem korporacją. – Powiedział wesoło. – I mam po naszej stronie ich pracowników.

Zahałasował telefon.

- O, właśnie dzwoni jeden z podopiecznych – zaśmiał się Artur i odebrał. – Artur Parol. Fundacja TRUCKER. W czym mogę pomóc?

Zacząłem się z zainteresowaniem wsłuchiwać w dialog. Artur rozmawiał pewnie i z dużą dozą znajomości tematu. Co znaczy rok pracy i edukacji:

 

- …

- Proszę się nie denerwować. Nie jest Pan pierwszym który ma problem z dietami. Niestety tu nie ma żadnych ograniczeń do sumy 100 złotych. Co z tego że suma komandytowa. Oszukiwano Pana. To odpowiedzialności skarbowej nie dotyczy.

- ….

Muszę poznać więcej szczegółów Pana sprawy, więc dziś a najpóźniej jutro ktoś z fundacji się z Panem skontaktuje na ten nr. który mi się wyświetlił w telefonie.

- …

- Nie. Nasza pomoc nic Pana nie będzie kosztować. A nazwisk kierowców nie ujawniamy nikomu, chyba że za ich wyraźnym zezwoleniem.

- …

- Proszę Pana. Nie jest Pan wcale na przegranej pozycji i proszę nie wierzyć, że to tylko Pański problem i firmie nic do tego. Po pierwsze obsługę księgową prowadzi Panu licencjonowany doradca podatkowy z Radomska. Przecież Pan i inni kierowcy mu za to płacicie. Po drugie jest on Pana pełnomocnikiem i wszystkie decyzje w spółce komandytowej podejmował za Pana on – jak znam życie i firmę Vos – bez pytania Pana o zdanie. Po trzecie jest już wyrok NSA, który w podobnej sprawie wypowiedział się na korzyść kierowcy.

- …

- Niestety nie jest tak różowo. W Polsce nie ma prawa precedensowego i wyrok NSA nie załatwia tematu na 100 procent. Zwłaszcza, że przy podmiotach powiązanych ważne jest czy nie było przegięć. Skala ważna. Nie mamy takich informacji jeszcze.

- …

- Na razie, odpukać, jeszcze żaden kierowca, który się do nas zwrócił, nie zapłacił tego domiaru. Jeśli nic nie poskutkuje to pomożemy panu wystąpić do sądu o ustalenie stosunku pracy. Zresztą mamy podejrzenia, że przez zaniedbania firmy może się to okazać jedynym rozwiązaniem. Ale na razie to tylko podejrzenia i póki co zaczniemy standardowo.

-…

- To, że Pan rezygnuje z pracy dla Vosa nie ma dla fundacji żadnego znaczenia. Proszę się nie martwić. A za te „przepały” też spróbujemy odzyskać dla Pana pieniądze. Głowa do góry. Proszę czekać na telefon dziś lub jutro.

- …

- Tam jest niestety inny problem, diety dietami ale powtarzam, to podmioty powiązane osobą wiceprezesa. Walczymy by w tej sytuacji był pan ofiarą ewentualnych przekrętów podatkowych a nie osobą za nie odpowiedzialną. Otrzymywał Pan dostęp do pełnej dokumentacji? No właśnie. Proszę się nie denerwować. Mamy dobrych prawników.

- …

- Wszystko będzie dobrze. Życzę miłego dnia.

 

Po rozmowie skomentował:

- Słyszałeś. Oszukują kierowców, że jako komandytariusze odpowiadają tylko do sumy 100 zł. Może przed kontrahentem ale przecież nie przed Skarbem Państwa, zwłaszcza, kiedy by się okazało, że ich pełnomocnik dokonywał przestępstw skarbowych.

 

Po czym pożegnał się słodko-kwaśno i poszedł w kierunku samochodu.

Patrzyłem jak szedł do furtki. Artur się zmienił diametralnie. Odżył. Jego wątpliwości w stosunku do mojej osoby i całej tej sprawy prysnęły jak bańka mydlana. Wspaniale znów czuć, że jest się po jasnej stronie mocy.

 

Za kilka dni po rozmowach z mecenasami. 25 lipca 2005 roku złożyłem w Piotrkowie Trybunalskim zawiadomienie o przestępstwie kradzieży spółki INTER CAR PAROL przez zorganizowaną grupę przestępczą w skład, której wchodzili Romuald Piątkowski, Grzegorz Bielowicki i Cezary Włodarczyk. Tego samego dnia w Prokuraturze Rejonowej w Łodzi zawiadomiłem o sfałszowaniu dokumentu i posłużeniu się nim przed Sądem przez Adw. Danutę Gordat.

Parę dni później, moi mecenasi złożyli pozew do Sądu Gospodarczego o odzyskanie spółki INTER CAR PAROL Spółka komandytowa.

 

Tymczasem, Fundacja TRUCKER uzyskała przeciwko Grupie Vos Logistics, Sądowy Nakaz Zapłaty, wraz z zabezpieczeniem, sumy 5 mln złotych, na swoje cele statutowe.

Oczywiście, plus odsetki ustawowe.

 

Wydawało się, że jesteśmy na finiszu.

Nawet nie podejrzewałem, jaka batalia mnie jeszcze czeka i jakich poważnych przestępstw, na wiele milionów złotych i szkodę paru tysięcy osób, dopuszczą się nasi przeciwnicy.

 

Mimo to, już wtedy w lipcu, rozmawiając z prawnikami nazwałem Vosa „mafią transportową”. Jakbym wykrakał.

Bo czas pokazał, że słowa te były prorocze. Gdyż Ja walcząc o swoje, a Fundacja walcząc o kierowców – trafiliśmy na ślad chyba największej afery gospodarczej w historii polskiego transportu.

 

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.

CDN….

 

 

 

 

Szanowni Czytelnicy i osoby prywatnie zainteresowane tematem.

Niestety, ze względu na to, że dzisiaj, jest toczonych kilkanaście postępowań karnych i skarbowych w powyższej sprawie. A zwłaszcza, że właśnie czekamy na kolejne rozstrzygnięcia na salach sądowych, spraw założonych przeciwko Grupie Vos Logistics… Podjąłem decyzję, wstrzymania publikowania przez jakiś czas, niezbyt długi, drugiej części książki. Która to, w większości już jest napisana, a końcóweczka „pisze się” na bieżąco. Nie chcę ujawniać już teraz, naszych kolejnych atutów i tego co wiemy, oraz jak walczymy. Sami Państwo rozumiecie.

 

Jednak z szacunku dla czytelnika, prezentuję poniżej, w krótkich i nie chronologicznych odcinkach, zwiastun tego, o czym dowiecie się Państwo niedługo z Drugiej Części książki Pt.: Moja walka z mafią transportową Vos Logistics.

A jak by to było po niemiecku? ;-) ))

 

Zachęcam do czytania,

korespondencji e-mailowej

i do pisania komentarzy.

 

B.T.Parol

 

***

 

Blog na WordPress.com.